proznosc

firmy kosmetyczne nas nie lubią

  • sobota, 28 stycznia 2012
    • Ocean Spa z algami i malachitem

      Uprzejmi nasi pracodawcy co prawda nie daja nam 13tki, ale dostajemy na swieta "male co nieco" . I w jednej z paczek pt "Wellness" znalezlismy taki oto zel pod prysznic Ocean Spa z algami i malachitem (?). Caly prezent byl pod kontem relaksu, eko i bio, ze zdziwieniem wiec obwachalam tenze zel, bo raz, ze nie bylo na nim zadnego certyfkatu ekologicznosci, dwa, ze jego sklad to:

       

      eko zel pod prysznic

      Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Sodium Lactate, Parfum, Sodium Benzoate, Polysorbate-20, Potassium Sorbate, Algae extract, Citronellol Propylene Glycol, Alpha-Isomethyl Ionone.


      Jak widac, algi za parfum, duzo wiec ich tam nie ma.

       

      A poza tym to bida z nedza. Producent zachwyca sie, ze zel nie ma parabenow! Nie ma kolorantow! Nie ma niczego z PEG! Nie byl testowany na zwierzetach (co nie jest zaskakujace, bo holenderskie prawo zabrania testowania kosmetykow na tychze). Przypuszczam, ze panie z HR robiace zamowienia na gwiazdkowe prezenty dla calego zakladu (pare tysiecy pracownikow) daly sie nabrac na owe ochy i achy ku uciesze producenta.

       

      W zelu nie ma niczego specjalnego. Nie udalo mi sie znalezc w skladzie malachitu, nie wiem, ktory skladnik moglby go zawierac, stawiam jednak na to, ze zaden. Do tego smierdzi toto w wyjatkowo przykry sposob, przypominajac mi won rozkladajacego sie ciala (taki slodki, mdlacy zapaszor). Z przyjemnoscia wywalam opakowanie do kosza. Szkoda, ze instytucje wydajace certyfikaty eko nie maja na tyle duzo srodkow, by promowac wlasne logo i kosmetyki z tymze, bo tak naprawde zyskuja na tym nie do konca uczciwi producenci, a traca, jak zwykle, ostatni w lancuchu pokarmowym, czyli my, klienci...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2012 13:22
  • poniedziałek, 04 lipca 2011
  • piątek, 01 lipca 2011
    • Olow (i inne ciekawe) w kosmetkach

      Przeczytalam wlasnie, ze kanadyjska organizacja skierowala na badania ilosci metali ciezkich prawie 50 kosmetykow, wskazanych przez przypadkowe konsumentki z roznych czesci kraju jako codziennie uzywane. Badania, zlecone niezaleznemu laboratorium, wykazaly, ze 96% produktow zawieralo... olow. W 20% znaleziono arszenik. Zadna z trucizn nie figurowala w listach skladnikow.

      olow Firmy kosmetyczne bronia sie tym, ze tak niewielkie ilosci, jak znalezione, nie moga miec wplywu na organizm, i ze mogly byc zawarte np w wodzie, uzytej do produkcji. Jednak najwyzsze stezenia znaleziono w blyszczykach do ust, a wiec tym, co regularnie zlizujemy, czy zjadamy: arszenik (70 czasteczek na million), kadm (3 ppm), i olow (110 ppm). Osobiscie nie wiem, czy przekroczono tu dopuszczalne ilosci, ale na chlopski rozum, jezeli nawet jakas trucizna jest dozwolona w kosmetykach, czyli zaklada sie, ze nie przenika przez skore,  jej ciagle zlizywanie z ust nie wyglada juz tak bezpiecznie. Nie mowiac juz o tym, ze najnowsze badania stwierdzaja, ze nie ma bezpiecznego dolnego limitu dla olowiu, bo, poza tym, ze jest bardzo grozny dla zdrowia, ma on te nieciekawa ceche, ze odklada sie w naszym organizmie. Zreszta, nie trzeba sie tu specjalnie zastanawiac: najwiekszy zwyciezca badan, Benefit Benetint Pocket Pal clear lip gloss, zawieral ponad dziesieciokrotnie (!!!) wieksza niz najwyzsza dozwolona dawke olowiu. I tak sobie mysle, ze Benefit trafia tym samym na moja osobista liste no-no.

      Tutaj link do artykulu, ktory jako pierwszy ujawnil wyniki badan (w sieci jest mnostwo przedrukow). Warto sie z nim zapoznac, i byc moze warto czesciej siegac do info ze stron tego typu:  http://safecosmetics.org/article.php?list=type&type=33

       

      (zdjecie: Wikipedia)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Olow (i inne ciekawe) w kosmetkach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2011 22:30
  • wtorek, 28 czerwca 2011
    • Kanebo maska i IciParis

      W czasie ciąży Próżnej włączył się gen księżniczki, przez co czuła się usprawiedliwiona raz na jakiś czas stosując terapię zakupową. A że jedyne relaksujące zakupy to zakupy kosmetyczne, cóż robić, na automatycznym pilocie kończyłam w perfumerii. Akurat na zakup tego Kanebo miałam dobry powód, wierzcie. Kupiłam, zatarabaniłam się i olbrzymi brzuch do domu, otworzyłam... i moje nozdrza uderzył przykry zapach chemikaliów. Ciąża ciążą, ale ta maska była ewidentnie zepsuta. Opinie w sieci (piekny, kwiatowy, intensywny zapach) tylko mnie utwierdziły w przekonaniu. Wysłałam maila do Kanebo z kodem podanym na dnie opakowania. Kanebo odpisało błyskawicznie: kto zgadnie, o ile maska była przeterminowana? Pół roku? Rok? Półtora? Otóż ta właśnie maseczka, kupiona w licencjonowanej perfumerii Ici Paris, wyprodukowana została w 2005, czyli jej życie półkowe dobiegło końca jakieś trzy lata zanim ją zakupiłam.

      kanebo maska do włosów

      Wkurzyłam się niemożebnie, jednak to nie koniec. W IciParis ekspedientka przyjęła reklamację, rzuciła okiem na wydruk maila od dystrybutora, oddała mi pieniądze i powiedziała do widzenia. Nie usłyszałam nawet jednego przepraszamy, nic, jakby sprzedawanie maseczek za 50 euro przeterminowanych o kilka lat było w tej sieci normą. A ja głupia myślałam, że obsypią mnie gratisami i będą całować po piętach. Na szczęście dystrybutor w międzyczasie wykazał się większą wolą zatrzymania klienta: firma wysłała mi mi mini-zestaw produktów. W ten sposób nie zraziłam się do Kanebo, natomiast IciParis omijam bardzo szerokim łukiem.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2011 11:56
  • niedziela, 19 czerwca 2011
    • Cien krem do rąk z mocznikiem

      Cien krem do rąk z mocznikiem

      Z gatunku: dział PR nie za bardzo się popisał. Nie wiem, na ile jest to widoczne, ale producent kremu do rąk Cien w wersji na Polskę wypuścił takiego oto kwiatka: "Ponieważ nie zawiera barwników i perfumów, pomaga zmiejszyć ryzyko alergii i podrażnień". Z tego, co wiem, perfumów nie zawiera żaden kosmetyk, z tej prostej przyczyny, że jako takie nie istnieją, przynajmniej w języku polskim.

       cien krem do rąk

      A szkoda, bo sam krem jest całkiem dobry, i nie zasługuje na takie opakowanie. Ma mnóstwo mocznika, dzięki czemu zbawiennie działa na spierzchniętą skórę rąk. Jest dość gęsty, ale nie pastowaty - daje się go łatwo rozsmarować. Zostawia warstewkę, ale nie jest lepki. Kupiłam go li i jedynie dlatego, że bezzapachowe kremy do rąk należą do rzadkości, i przyjemnie mnie zaskoczył.

       

      Skład: aqua, glycerin, urea, cetearyl alcohol, octylododecanol, arginine, dicapryl ether, myristyl myristate, potassium cetyl phosphate, lactic acid, panthenol, tocopheryl acetate, phenoxyethanol, dimethicone, palmitic acid, stearic acid, xanthan gum, methylparaben. sodium anisate, sodium levulinate, cera alba, allantoin, benzoic acid, dehydroacetic acid.

      cien krem do rąk

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 czerwca 2011 12:52
  • czwartek, 09 czerwca 2011
  • piątek, 13 maja 2011
    • olay lagodna emulsja do demakijazu oczu

      Największe guru makeupu, czyli Lisa Elridge, poleca zmywać makijaż oka przykładając na tak długo, jak to tylko możliwe, płatek nasączony płynem do powieki. Zalecenie takie świadczy o tym, że Lisa nie miała przyjemności z płynem do demakijażu ócz Olaya, który to płyn w końcu wylądował, jako pierwszy od paru lat kosmetyk, w moim korszu.

      olay lagodna emulsja do demakijazu oczuSpece z Olaya wykoncypowali sobie, że, skoro wszyscy wypuszczają na rynek płyny o konsystencji wody, Olay powinien pobić konkurencję gęstym, kremowym mleczkiem. Niestety, nikomu nie wpadło do głowy, że widocznie płynne płyny nie są tylko odzwierciedleniem trendów, ale i najzwyczajniej w świecie wygody stosowania. Oryginalność tegoż mleczka polega jednak nie tylko na konsystencji: jest to jedyny znany mi produkt do wrażliwych oczu, który w kilka sekund podrażnia do zalślepiania i łzawienia. Nawet takie spojówki, jak moje, opisane kiedyś przez okulistkę jako odwrotnie proporcjonalne do oczu wrażliwych (udało mi się, choć teraz wstyd się przyznać - przechodzić miesięczne soczewki o parę miesięcy bez uszczerbku na wizji i zdrowiu oka). Czy muszę dodawać, że mleczko nie usuwa nawet dziennego makeupu, bo krem włazi między rzęsy, ale nie rozpuszcza dokładnie tuszu, i dodatkowo przykładanie czystych wacików (czy już pisałam o konsystencji?) mija się z celem, zmuszając do ofiarnego tarcia i naciągania skóry?

      Doszłam do wniosku, że to jednak nie na moje nerwy, a wyrzucenie połowy tubki i tak jest tańsze, niż późniejsze inwestowanie w reenerację skóry oczu. Wstyd, Olay, wstyd!

       

      Skład: aqua, decty oleate, isopropyl palmitate, propylene glycol, glyceryl stearate, PEG-4 laurate, glycerin, palmitic acid, stearic acid, laureth 23, triethanoalamine, diethanolamine, carbomer, imidazolidinyl urea, methylparaben, propylparaben, edta.

       

      fot internet

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „olay lagodna emulsja do demakijazu oczu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 13 maja 2011 23:47
  • sobota, 26 marca 2011
  • niedziela, 06 marca 2011
    • Kod Młodości

      Długo zastanawiałam się, co napisać w tej notce. No bo tak: koncerny, które mają w swojej stajni firmy wysokopółkowe i te z półki popularnej często dublują produkty. Celuje w tym grupa L'oreal, która najczęściej po jednym sezonie wypuszcza tenże sam super-hiper-diper patent pod inną nazwą, w innym kremie. Najczęściej dzieje się to na linii Lancome-L'oreal. I, od kiedy L'oreal wprowadził na rynek odpowiednik Lancomowego Genifique, czyli serię Kod Młodości, byłam przekonana, że napiszę prześmiewczą notkę na temat płacenia x razy więcej za ten sam produkt w innym opakowaniu i z innym logo. A jednak...

      O Genifique, które mnie całkiem miło rozczarowało, pisałam tu. Niestety, Kod Młodości w moim odczuciu nie dorasta Genifique do pięt. Stosowałam przez ponad miesiąc i serum, i krem, (dostałam 12 podwójnych próbek - zalety zostawiania w drogeriach średniej krajowej na pieluchy), co według ulotki powinno wystarczyć, by moja cera stała się o 61-79 procent młodsza itp, i mogę powiedzieć, że: krem nie nawilża, przynajmniej nie tak, jak powinien. Musiałam go dosmarowywać mocniejszym nawilżaczem, co, przy takiej ilości wosków i silikonów, mijało się z celem - trochę tak, jakbym próbowala dotrzeć do skóry zawiniętej w folię spożywczą. Działanie obiecane przez producenta - brak, ot, krem jak krem (co ciekawe, znalazłam w sieci bardzo podobne opinie). Serum: w konsystencji zupełnie, ale to zupełnie różne od Genifique, które jest wodniste i lekkie, natomiast Kod Młodości silikonowy i ciężki. Zasadniczo jest to cnotą, silikony pod kremy z filtrem na dzień jak znalazł. Niestety, w tym wypadku równie dobrze można by się smarować serum do końcówek, bo Kod Młodości wogóle, ale to wogóle nie działa. Ostatnią próbkę powitałĸam wręcz z entuzjazmem. Co ma w tym serum działać,  to - tak samo, jak w wypadku Genifique - bifida ferment lysate (ciekawie opisane właśnie w tej serii np tutaj). Niestety, pomijając już skuteczność tegoż, umieszczone w składzie daleko dalej, niż w Genifigue (a w wersji na rynek amerykański, nie wiedzieć czemu, na drugiej pozycji):

      Krem:

      kod mlodosciIngredients: water, glycerin, isohexadecane, cyclohexasiloxane, dimethicone, alcohol denat, dipropylene glycol, synthetic wax, peg-10 dimethicone, dimethicone/peg-10/15 crosspolymer, dimethicone/polyglycerin-3 crosspolymer, caffeine, sodium acrylates, copolymer, sodium hydroxide, bifida ferment lysate, adenosine, ascorbyl glucoside, nylon-12, limonene, disodium edta, propylene carbonate, hydroxyethylpiperazine ethane sulfonic acid, caprylic/capric triglyceride, disteardimonium hectorite, ethylhexylglycerin, polysilicone-8, tocopheryl acetate, methylparaben, phenoxyethanol, fragrance, sodium benzoate.

       

       

        kod mlodosciSerum:

      Ingredients: water, cyclohexasiloxane, glycerin, butyrospermium parkii butter, propylene glycol, stearic acid, stearyl alcohol, cetyl alcohol, palmitic acid, cera alba, peg-100 stearate, glyceryl stearate, pentaerythrityl tetraethylhexanoate, peg-20 stearate, vaccinum myrtillus fruit extract, ryscus aculeatus root extract, hordeum vulgare/malt extract, caffeine, isohexadecane, methyl methacrylate crosspolymer, sodium chondroitin sulfate, sodium hydroxide, bifida ferment lysate, silica, dimethyl silylate, arelocollagen, aluminium starch octenylsucinate, adenosine, nylon-66, limonene, hydrolized rice protein, hydrolized soy protein, hydroxypropyl tetrahydropyranitol, pentaerythrityl tetraisostearate, pseudoalteromonas ferment extract, polysilicone-8, polysorbate 80, acrylamide/sodium acryloyldimethyltaurate copolymer, tocopherol, methylparaben, phenoxyethanol, chlorhexidine digluconate, ethylparaben, sodium benzoate, fragrance.

       

      Zakładam, że nie ja jedna mam taką opinię o tej serii: kilka dni temu pojawiła się u mnie jej nowa wersja, z serum w szklanym opakowaniu z pipetką. Nie widziałam jeszcze składów, ale mam nadzieję, że firma tym razem bardziej dokładnie skopiowała Genifique!


      (foto: internet)


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kod Młodości”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 marca 2011 11:42
  • wtorek, 08 czerwca 2010
    • Poczucie humoru Clarinsa

      Z okazji lata oraz wygrzebania kremu przeciw cellulitowi przypomniała mi się moja ulubiona reklama z ubiegłego roku, reklama, która rozpoczęła mój powolny odwrót od firmy Clarins:

      Clarins cellulit

      Clarins zdobył się tu na specyficznie frywolne potraktowanie inteligencji klientek. W obuwiu, jakie prezentuje na sobie modelka, da się na upartego jeździć rowerem (nie takie rzeczy po pijaku ze szwagrem...), ale NIE da się kolarzówką, bo kolarzówka wymusza określoną pozycję kolarza, z, pardonmua, zadem w górze i bardzo specyficznie rozłożonym ciężarem ciała. Do tego, rower, jaki dzierży między udami (bo nic innego z nim chyba się w tym stroju zrobić nie da) hoża niewiasta zdaje się mieć pedały na "klik" do butów, a w to, że da się w nie kliknąć 20 cm koturny nie uwierzy chyba żadna czytelniczka kobiecej prasy (nawet Cosmopolitan'a).

      Dodatkowo, jeżeli układ rąk damy miałby sugerować trzymanie ich na kierownicy, bardziej jestem skłonna uwierzyć, że owa pani grzebie sobie, again pardonmua, w majtkach, bo kolarzówki z tak wyciągniętą do góry kierownicą raczej nieuświadczysz. Choć, z drugiej strony, kto wie: może osoby, które moszczą się na siodełku w upalną, słoneczną pogodę w samych majtkach, za nic mając sobie odparzenia, równie noszalancko traktują sam rower. Oczywiście, pytanie jest czysto retoryczne, jako, że prezentowany tu model roweru najwyraźniej kierownicy jest pozbawiony, chyba, że mamy tu do czynienia z nieznanym, nowym trendem kierownic o 30-to centymetrowej szerokości ramion, w całości chowających się za modelką.

      Ogólnie, widząc takie zdjęcia, mam ochotę palnąć sobie w konsumencki łeb.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Poczucie humoru Clarinsa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 czerwca 2010 23:31
  • czwartek, 18 marca 2010
    • Miller Harris

      Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach pracy w korporacji i częstych wizyt w 5* hotelach, szanowny małżonek, który jeszcze nie był małżonkiem, przywiózł jako gifta zestaw kosmetyków Miller Harris. Urzekły go zapachy, co, jak na alergika, jest naprawdę osiągnięciem nielada - nie przypominam sobie go świadomie decydujacego się na zabranie do domu jakichkolwiek innych produktów ze względu na ich zapach (za to gubię się już w tych, które musieliśmy, z tych samych powodów, wyrzucić - misiowa alergia na syntetyczne zapachy nie zna litości). Naturalnie, skoro zapach podszedł misiowi, mua pozostała niespecjalnie powalona na łopatki - ot, cyrtynka z drzewnymi nutami. Do tego, szampon z zestawu citron citron straszliwie mnie podrażnił, przywołując już od dawna zapomniany łupież po-SLS'owy (agresywne szampony tak bardzo wysuszają mi naskórek, że ten, wariując, zaczyna się łuszczyć):

      aqua, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine, lauramide DEA, Sodium lauroyl oat amino acids, Sodium Chloride, DMDM Hydantoin, hydrolyzed wheat protein PG-propyl silanetriol, polyquaternium-7, parfum, panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Citric Acid, disodium EDTA, Citral, Liomonene, Linalool, Lilial.

      (wszystkie ciekawe sładniki są tutaj za parfum, czyli nie ma co liczyć na ich porządną ilość.

      I coś mnie przy ostatnich porządkach w łazience tknęło do wygooglania Miller Harris. Ludzie, toż to rozbój w biały dzień! Ja wiem i rozumiem, ale żeby 250 ml balsamu do ciała dawało po kieszeni w wysokości  49 euro (niestety, wywaliłam już opakowanie, a szkoda), a żelu pod prysznic (też 250ml) kosztowało 42 euro!!! Żelu, dodam, o następującym składzie:

      aqua, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine, disodium laureth sulfosuccinate, lauramide DEA, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Polyquaternium-7, Parfum, DMDM Hydantoin, Sodium Chloride, Algae Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Chamomilla Recutita (Matricaria) flower extract, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Citral, Liomonene, Linalool, Lilial.

      Miller Harris

      Owszem, mydełko w kostce jest fajne,

      sodium palmate, sodium palm kernalate, aqua, glycerin, parfum, sodium chloride, titanium dioxide, tetrasodium etidronate, pentasodium pentetate, citral, liomonene, Linalool, Lilial.


      ale czy jest w tym składzie coś, co tłumaczyło by jego cenę 12 euro za kostkę?

      Owszem. Jedno. Perfumy. Lyn Harris jest jedną z najsłynniejszych kreatorek zapachów na świecie - jedną z pierwszych, które oferowały, po wiekach zapomnienia, ultra-prywatny serwis: kreowanie perfum na zamówienie konkretnej osoby. I te perfumy są bardzo, bardzo drogie - Harris przyjmuje góra 6 zamówień w roku. Poza owym ekskluzywnym serwisem, ma też własne sklepy i kilka ogólnodostępnych linii zapachowych, z czego jedną jest właśnie moja citron citron. Harris szczyci się tym, że, poza kreowaniem nowych perfum, serwisuje też stałych klientów, dostarczając im balsamy, żele, szampony, świece i wszelkie inne dobra pachnące w ten jeden, jedyny, opracowany specjalnie dla nich, sposób. Czy jednak warto? O ile owe super-drogie perfumy dodawane są do produktów o składach równie zwyczajnych, jak te powyżej, moim zdaniem - nie.

       

      (zdjęcia ze strony producenta)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Miller Harris”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 23:53
  • poniedziałek, 08 lutego 2010
    • Sisley Ecological Compound

      Z niewiadomych dla mnie przyczyn, przez moment przy każdej wizycie w perfumerii dostawałam miniaturę Ecological Compound Sisleya (zakładam, że chcieli zwiększyć sprzedaż zalegającego półki kosmetyku). All skin types, day and night. Serum do wszystkiego, na każdą porę i dla każdego. Hmmmmm.

      Sisley ecological compoundW końcu tych miniatur uzbierało się tyle, że miałam na stanie pół opakowania. Podchodziłam do nich z odowiednim nabożeństwem - w końcu to Sisley, a cena tegoż specyfiku nawet mnie, pozbawioną rozsądku w kwestii zakupów kosmetycznych, zbija z nóg (50 ml za jedyne 100 euro). I, jak się okazało, naprawdę nie było po co:

      Water, Mineral Oil (Paraffinum Liquidum), Centella Asiatica Extract, Propylene Glycol, Stearic Acid, Triethanolamine, Glyceryl Stearate, Fragrance (parfum), Stearyl Alcohol, Benzoic Acid, Phenoxyethanol, Carbomer, Methylparaben, Butylparben, Ethylparaben, Equisetum Arvense Extract, Humulus Lupulus (Hops) Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Panax Ginseng Root Extract, Propylparaben, Octoxynol-13. (cont. linalool, coumarin, limonene, benzyl benzoate).


      nawet kompletny laik kosmetykowy jak ja pozna się na tym składzie. Olej mineralny, znielubiana przez zwolenników kosmetyków naturalnych substancja - ok, wiemy, że, poza zapychaniem niektórych cer, dobrze odżywia, ale jest też w najtańszych kremach typu ziaja czy nivea. Centella - jak już pisałam przy okazji rozstępów, faktycznie, składnik o udowodnionym działaniu - tyle, że jest to właściwie jedyna ciekawa składowa w porządnej ilości. I za te pieniądze, które woła Sisley, wolę zamówić centellę w Mazidłach, szczególnie, że można ją praktycznie mieszać z wodą i aplikować saute. Dalsze składniki, aż do parfum, to ponownie najzwyklejsze, najczęściej spotykane substancje, nic, co by tłumaczyło cenę Sisleya. Jak wiemy dzięki Biochemi Urody, jak coś jest w składzie po parfum, to niestety, nie ma tego czegoś za dużo - są pewne ograniczenia, których producent nie przeskoczy, nawet, jeżeli w zamian da nam produkt aż tak mocno pachnący, jak ów Sisley - zapach jak dla mnie nie do zniesienia, o silnym powinowactwie z Przemysławką. Wyczytywane w internetowych komentarzach zachwyty nad aromaterapeutycznymi właściwościami serum niestety, udowadniają, jak marka robi nam z mózgu wodę - wszystko, co może pachnieć, jest tu za parfum, więc najprawdopodobniej ów "naturalny" zapach jest w większości syntetyczny. Czy muszę dodawać, że owe w miarę ciekawe składniki roślinne (żeń-szeń, rozmaryn, chmiel, wąkrota azjatycka) umieszczone są w składzie ZA wachlarzem ciężkich konserwantów?

      Zastanawiające jest też to, że, z tego, co widzę po Wizażu, już w 2003 roku skład prezentował się tak samo - tak, jakby w ciągu ostatnich conajmniej 7 lat kosmetologia nie zrobiła kroku (a raczej marszobiegu) do przodu.

      Niestety, działanie jak dla mnie ma ów preparat odpowiednie do składu (z ulotki znajdującej się w srodku opakowania):

      - zapewnia skórze uczucie komfortu (maksymalny komfort dla najsuchszych z cer), nadaje blask. Po upływie pół godziny od nałożenia nawilżenie skóry wzrasta o 32 %.

      Ani jedno, ani drugie - owszem, nałożony pod krem działał, ale sam w sobie absolutnie nie. Moja cera, choć po nałożeniu była matowa, w ciągu kilkudziesięciu minut zachowywała się jak zaolejowana, a poczucie przesuszu nie znikało (chyba, że nakładałam dodatkowy krem - producent zezwala na obie opcje).

      - neutralizuje szkodliwy wpływ środowiska i czynników zewnętrznych.

      cóż, nie do sprawdzenia, zastanawia mnie tylko, co, poza centellą,  miałoby tu neutralizować?

      - pomaga odzyskać jędrność i elstyczność

      a świstak siedzi...

       

      Ogólnie - jedno z największych rozczarowań kosmetycznych ever.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 lutego 2010 01:15
  • wtorek, 24 listopada 2009
    • Polyacrylamide (poliakrylamid)

      Miałam właśnie pisać notke o moim ulubionym kremie do biustu, kiedy, po wklepaniu entuzjastycznej recenzji, zauważyłam, że ma on w składzie Polyacrylamide (poliakrylamid). Już od dawna obiecywałam sobie dokładniejsze przyjrzenie się temu składnikowi, o którym, poza tym, że jest niebezpieczny i wyklinany na biochemicznych forach, nie wiele wiedziałam.

      Zaczynając od poczatku: Poliakrylamid otrzymywany jest przez polimeryzację akryloamidu. Akrylamid zaś jest silną neurotoksyną wchłanianą przez skórę, co do której rakotwórczości naukowcy zdają się nie mieć wątpliwości (i która, niestety, powszechnie występuje w naszym pożywieniu - tutaj link do zebranych i przetłumaczonych badań). Sam poliakrylamid jest (a raczej byłby) bezpieczny, z tym, że zwykle w jego składzie zdażają się minimalne ilości akrylamidu. Skąd o tym wiemy? Ano z raportu komisji europejskiej, zaniepokojonej tak powszechnym występowaniem poliakrylamidu w kosmetykach:

      Lifelong use of cosmetic products containing polyacrylamide may represent an unacceptable high lifetime risk of cancer due to residual acrylamide in the polyacrylamide preparations. This conclusion is based on two longtime rat studies of acrylamide and on the genotoxic properties of acrylamide. In order that the lifetime use of cosmetics containing polyacrylamide should not pose a significant cancer risk the theoretical content of residual acrylamide [calculated from the amount of polyacrylamide added to the product and the content of acrylamide in the polyacrylamide used] should be <0.1 ppm in body care leave-on products and <0.5 ppm in other cosmetic products.

      W skrócie: długotrwałe (przez całe życie) używanie kosmetyków z poliakrylamidem może powodować, ze względu na szczątkowe ilości akrylamidu w poliakrylamidzie, nieakceptowalnie wysokie ryzyko raka. Powołując się na badania na szczurach, Komisja ostrzega, by ilość akrylamidu nie przekraczała danej wartości (mniej niż 0.1 ppm w kosmetykach pozostawianych na skórze i mniej niż 0.5 ppm w całej reszcie).

      Zaraz zaraz, zapyta ktoś, czy poliakrylamid jest więc, czy nie jest niebezpieczny? W końcu ten popularny zagęstnik jest stosowany powszechnie także poza przemysłem kosmetycznym, na przykład do produkcji okładów stosowanych przy leczeniu poparzeń czy uzdatniania wody (pitnej!!!). Powszechnie stosuje się go w uprawie rolnej, zdatkując nim ziemię. Mało tego, popularny wypełniacz zmarszczek, Aquamid, to w zasadzie woda z poliakrylamidem (być może dlatego nie został dopuszczony przez amerykańską FDA na tamtejszy rynek). Na ile powinniśmy więc przejmować się ostrzeżeniami Uni?

      W końcu poliakrylamid mają w swoich składach kremy takich firm, jak Guerlain czy Clarins, oraz bardzo świadoma składow Paula Begoun, a także preparaty przeznaczone dla kobiet ciężarnych (Mustela) i w połogu, jak Bustfirm Pharmaceris'u (polecany przy karmeniu piersią).  Kiedy zaszłam w ciążę, przeprowadziłam czystki wśród moich kosmetyków, wyrzucając wszystkie, które miały poliakrylamid w składzie (między innymi krem do rąk Ziaji i bardzo przeze mnie lubiany krem do twarzy Tillia). Sprawdzałam składy produktów przeciwrozstępowych, nie decydując się na Mustellę; przeżyłam jednak drobne załamanie, kiedy okazało się, że z radością używałam przeciwrozstępowego Clarinsa i Bustfirmu.

      Unijne dyrektywy są jasne: poliakrylamid jako taki nie jest toksyczny, toksyczny jest - przypuszczalnie i w bardzo niewielkich ilościach - zawarty w nim akrylamid. Stąd podane bezpieczne minimalne ilości toksyny. Co możemy więc zrobić my, konsumenci? Ja osobiście wydedukowałam z tego, że niewielkie zastosowanie poliakrylamidu krzywdy mi nie zrobi. Czyli: jeżeli już kupiłam krem z poliakrylamidem, zużyję go do końca, będę jednak uważać, by nie kupić go ponownie. Nadal mam zamiar namiętnie czytać składy, nie licząc już na litość producenta (a w wypadku Erisu i Clarinsa naprawdę miałam nadzieję, że mogę im zaufać). Warto też pamiętać, że poliakrylamid pod koniec składu sugeruje jego mniejsza zawartość, a, co za tym idzie, większe szanse, że produkt plasuje się w widełkach unijnych wskazań. Metoda dla mnie: próbując znaleźć sensowne wyjście z sytuacji, bez popadania w panikę, należy pamiętać, że poliakrylamid może się okazać toksyczny przy długotrwałym - w przeciągu wielu lat - stosowaniu. I konsekwentnie, ale bez szaleństwa, unikać tego składnika. Do podobnych (bez paniki!) wniosków doszła doszła kiedyś Basia Kwiatowska na nieodżałowanym forum Biochemii: "Poza tym nie nalezy przesadzac, jesli znajduje sie on przy koncu skladu to prawdopodobnie jego ilosc jest mala, jesli mamy watpliwosci kontaktujemy sie z producentem, ktory jest zobowiazany udzielic nam infomacji [o ilości poliakrylamidu]".

       

      ps nastawionym scepytycznie do tego typu wiadomości polecam ten link, w którym autor, poirytowany ciągłymi nagonkami na składniki kosmetyczne, pisze, że tak naprawdę mamy dużo większe szanse na zejście z tego świata na jedną z chorób krążenia, zatrucie, czy uderzenie pioruna, niż na raka wywołanego przez konserwanty w kosmetykach (jest też o poliakrylamidzie).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polyacrylamide (poliakrylamid)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 listopada 2009 23:53
  • niedziela, 15 listopada 2009
    • L'oreal Eleseve i trudności z ograrnięciem własnego PR

      L'oreal odżywkaL'oreal Eleseve (tutaj Elvive) Color-Vive Vitaal serum. Nie obiecywałam sobie po nim zbyt wiele, ale byłam zaciekawiona: serum i wszelkie maski do włosów są dla mnie niezbędnym elementem pielęgnacji, szczególnie, że mój domowy maruda nie lubi puszących się włosów. Zaciekawiła mnie forma koncentratu w 4 ampułkach, i to, że producent zaleca użycie preparatu w sytuacjach dla włosów stresowych, jak zmiana pór roku, po ciązy, po agresywnych zabiegach fryzjerskich itp. I co? I, jak zwykle, nic. Po 4-tygodniowej kuracji włosy: nie są bardziej wygładzone, nie są bardziej błyszczące, może zyskały na nawilżeniu, ale to w zasadzie na tyle. Preparat nie jest drogi - 4.5 euro (udało mi się ustrzelić go za 2.50), mimo wszystko, żałuję, bo dużo więcej dobrego zrobiło by moim włosom stosowanie maski, do której wracam zawsze z podkulonym ogonem - znów Elseve, tym razem Re-nutrition z royal jelly, maski, która nie ustępuje w niczym tym o dwa i trzy razy droższym.

      L'oreal odżywkaA teraz tak zwany gwózdź programu: być może brak szczególnego działania maski związany jest z tym, jak ją stosowałam. Otóż na moim opakowaniu stoi jak byk: nalożyć na podsuszone ręcznikiem włosy, po minucie spłukać. Na stronie holenderskiej zaś: nalożyć na podsuszone ręcznikiem włosy, nie spłukiwać. Wpatrywałam się w oba opisy jak sroka w gnat, próbując dojść do siebie i zrozumieć, czy ja i L'orealowi spece od PR mamy na myśli ten sam produkt. Najwyraźniej tak. Hmmm. I jeszcze jedno hmmmm. Czy L'oreal strzela sobie sam w kolano? Cóż...

       

      Water, Potato Starch Modified, Quaternium-87, Stearyl Alcohol, C11-15 pareth-7, C12-16 pareth-9, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed wheat protein, Hydroxyisohexyl-3 cyclohexene  carboxaldehyde, behentrimonium chloride, Trideceth-12, Polysorbate 20, Chlorhexidine Dihydrochloride, Camphor benzalkonium methosulfate, candelilla cera, linalool, Amodimethicone, 2-oleamido-1-,3-octadecanediol, Methylparaben, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Glycerin, Parfum.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 listopada 2009 00:07
  • niedziela, 18 października 2009
    • Annayake

      Jakiś czas temu zostałam uszczęśliwiona mini zestawem kosmetyków Annayake. Nie znałam firmy, nie znałam ceny, kojarzyłam tylko jej "orientalne" pochodzenie i dystrybucję przez Douglasa, podeszłam więc do nich wolna od uprzedzeń i oczekiwań, jakie budzą we mnie marki typu Dior czy Chanel.

      Kosmetyki, w liczbie 4, zużyłam, przy czym żaden, poza żelem myjącym, nie powalil mnie na kolana. Powaliła za to ich cena, której nie omieszkałam sprawdzić po zakończeniu testów. Toż to rozbój w biały dzień! Kosmetyki o działaniu przyzwoitym, ale nie super-extra, za to w cenach kosmicznych. Nie, nie i jeszcze raz nie.

      Wszystkie kosmetyki pochdzą z serii Annayake Ultratime:

      Annayake MaseczkaMaska Anti-temps Action 50 ml / 55 euro

      żelowo-kremowa maska o dość tępej konsystencji. Trudno się ją nakłada, bo jest - jak na mój gust - zbyt żelowa. Ma nawilżać i łagodzić, zapewniać ochronę przed wolnymi rodnikami i w efekcie dawać promienną, gładką skórę (jak widać, producent nie wysilił się bardzo w kwestii PR'u). W zasadzie nie mam się o co przyczepić, bo maska dokładnie to robi: nawilża i odżywia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że maseczka nawilżająca z Lidla, kupiona za 2.5 euro, robi dokładnie to samo, nie podnosząc mi przy tym ciśnienia ceną ;)

      Skład: Water, Glycerin, Cetyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Polyglyceryl-10 Oleate, Butylene Glycol, Beheneth-20, Peg-150,  Stearic Acid, Peg-150 Sterate, Palmitic Acid, Alcohol, Methylparaben, Parfum, Alcohol Denat., Propylparaben, Tricaprylin,  Lecithin, Tocopherol, Tocopheryl Linoleate, Glycyrrhetinyl Stearate, Glycosphingolipids , Lauric Acid, Hydroxyisohexyl 3cyclohexene carboxaldehyde, Myristic Acid, Mica, Alpha Isomethyl Ionone, Glycerin/Oxybutyiene Copolymer Stearyl Ether, Pyrus Cydonia seed extract, Titanium Dioxide, Linalool, Dipentene, Hydrolyzed yeast protein,Amyl Cinnamal Citronellol, Butylphenyl Methylpropional, mandarin Orange Fruit Extract, Panthetine, Inositol, Pyrdoxine Hcl,  Retinyl Palmitate, Ethyl Linoleate, Carmine, Mays (Corn) oil, Royal Jelly, Cyanocobalamin, Riboflavin Tetrabutyrate.

       

      Annayake kremAnnayake Ultratime Creme Premiere Anti-Temps Action 50 ml/99 euro (!!!)

      No sorrry, ale to najsłabszy elemeny zestawu, szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Patrząc na analizę składu (na przykład tutaj) nie ma tu niczego imponującego:

      Skład: Aqua, tricaprylin, butylene glycol, phenyl trimethicone, squalane, cetyl alcohol, glycerin, cetyl palminate, stearic acid, behenyl alcohol, dimethicone, glyceryl stearate, peg-45 stearate, phytosteryl glucoside, phenoxyethanol, methylparaben, parfum, beheneth-20, glycosphingolipids, butylparaben, tocopheryl acetate,  glycyrrhetinyl stearate, sodium lauryl phosphate, carbomer, oryzanol sodium hyaluronate, tocopherol, sodium polyacrylate, arctium lappa root extract, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, alpha-isomethyl ionone, linalook, limonene, amyl cinnamal, citronellol, buthylphenyl methylpropional, benzyl benzoate, 414902/O1E.

      Niestety, w działaniu krem także się nie popisał. Ma ładny, delikatny zapach, i ciężką konsystencję, która jednak nie była wystarczająca, bym rano budziła się bez wrażenia za ciasnej skóry. Po systematycznym zużyciu małego promo-słoiczka, nie zauważyłam zmian w strukturze skóry, poprawy kolorytu, minimalnego wpływu na moje pierwsze zmarszczki i niedoskonałości (moje ulubione kremy przeciwzmarszczkowe najczęściej działają też na zmiany trądzikowe). Ba, skóra płakała o nawilżenie, którego nie zapewnił jej też:


      Annayake fluidUltralisse Fluide Anti-Rides (Line-lift essence) 30ml/89 euro

      Lejąca, rzadka konsystencja. Wchłania się pozostawiając na skórze lepką warstwę. Nie liftinguje. Nie nawilża. Na dłuższą metę (mała tubka) j.w., tzn w działaniu równie nieefektywny jak krem. Skóra nie wykazała żadnych zmian na plus, na minus zresztą też, poza pewnym przesuszeniem.

      Aqua, Glycerin, Butylene Glycol, Dimethicone, Cyclomethicone, Polyperfluoromethylisopropyl ether, sulfated sodium alginate, PED-150 Stearate, Carbomer, Methylparaben, Cethyl Alcohol, Glycerin/oxybutylene copolymer stearyl ether, Glyceryl stearate, Potassium hydroxide, Sodium Polymethacrylate, Parfum, Polyglyceryl 10 myristate, Sodium trideceth-3 carboxylate, hydrolyzed conchiorin protein, Sodium hyaluronate, Propylparaben, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, Alpha-isomethyl opmome, Linalool, Limonene, L40305/00A.

      Annayake żelCleansing foam fresh softener

      I to jest w zasadzie jedyny kosmetyk z tej serii, który mnie kompletnie, niepodważalnie i kategorycznie zachwycił. Jeden z lepszych zmywaczy do twarzy, jakie miałam, bardzo przypomina różowy krem-piankę do cery wrażliwej Estee Lauder. Daje sobie radę z kilkoma warstwami pudrów, skrobi, filtra i czegokolwiek, co pod filtrem miałam. Do tego ową radę daje nalożony w niewielkiej ilości. Bez wysuszania cery. Co mnie martwi, to fakt jego istnienia na eBayu, ale nie na stronie firmy, z czego wnioskuję, że mógł zostać wycofany, chlip chlip.

      Skład: Water, Glycerin, Stearic Acid, Myristic Acid, Potassium Hydroxide, Lauric Acid, Palmitic Acid, Butylene Glycol, Behenyl Alcohol, Disodium Phosphate, Tea-Cocoyl Glutamate, Peg-100 Hydrogenated Castor Oil, Poloxamer 188, Methyl Gluceth-10, Parfum, Glycerin/Oxybutylene Copolymer Stearyl Ether, Linoleic Acid, Angelica Archangelica Root Extract, Tocopherol, Glycyrrhetinyl Stearate, Methylparabene, Hydroxy-Isohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Isomethyl Ionone

      Ogólnie, biorąc pod uwagę wielkie halo, jakie Douglas robi wokół Annayake, oraz ich koszmarne ceny, kremy są nie do przyjęcia. Po raz kolejny okazuje się, że im bardziej bardzo-ekskluzywne kosmetyki (La Prarie, Sisley), tym mniej mają do zaoferowania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 października 2009 20:48

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com