proznosc

gabinety kosmetyczne

  • wtorek, 17 kwietnia 2007
    • Hair Bazaar Studio

      Czy muszę pisać, że jako maniak kosmetykowy i hednoista, jestem uzależniona od gabinetów kosmetycznych? I że - oczywizta - nie znalazłam idealnego miejsca? I że poszukiwania tegoż rujnują mi zdrowie (nerwy), cerę (brak komentarza) i kieszeń? No, nieco przyjemności też w tym mam, ale... No właśnie, ale.

      W grudniu byłam już święcie przekonana, że w końcu znalazłam "swój" gabinet. Thalgo w Hair Bazaar Studio (http://www.hbs.pl) na Krysiewicza 5 w Poznaniu. Bardzo ładny wystrój (mój Ukochany nie może wyjść z podziwu, jak można oceniać restauracje czy salony usługowe na podstawie dekoracji), obsługa super miła. Świetnie zorganizowana poczekalnia - kanapki, stoliczki, aktualna prasa, natychmiast wjeżdżająca kawa (wiem, to niby jest standard, ale często jakoś ten upragniony napój się nie pojawia) z czekoladką. Na ścianach foto Różnych-Wielkich-Polaków, coby się człowiek światowo poczuł i choć przez tych kilka minut podświadomie zaliczył do elyty. Aż mi, ekhm ekhm, szkoda było, kiedy pojawiła się kosmetyczka. Choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, dała mi ekstra pół godziny na pławienie się w luksusie poczekalni - gabinet miał spore opóźnienie. Może ja jestem jakaś dziwna, ale, jeżeli zabieg spóźnia się o tyle czasu, chcę coś w zamian - szczególnie, że pół godzinna obsuwa w dniu takim jak tamten (wyjeżdżałam do domu, jedyny tysiąc km, parę godzin później) radośnie wpycha mnie w niedoczas. Tu jednak było inaczej, najwyraźniej za kuksus czekania przyszło mi dopłacać...

      Do rzeczy. Mimo wszystko byłam nastawiona bardzo pozytywnie. Kosmetyczka miła, nie za mądra i nie do końca w kwestii teorii wiedząca, co i jak (pierwszy chyba raz, poza osiedlowymi salonami, miałam kogoś, kto nie wiedział, co zacz retinoidy), ale rewelacyjna w praktyce. Zabieg wykonany super prawidłowo, delikatnie, prawie zasnęłam. Prawie, bo w trakcie, kiedy leżałam pod algami, kosmetyczka wyszła, za to pojawiły się jakieś nowe osoby - ktoś po coś wpadł, wypadł, itp. Ja wiem, na pewno ktoś z personelu, ale, jak się leży z centymetrem glonów na paszczy, i bez górnej części przyodziewku, jakoś wizyty niezidentyfikowanych obcych nie nastrajają. Nic to, nadal jestem zadowolona. Czuję się nawet dopieszczona - choć pani odmówiła wykonania masażu, o który dopraszałam się jeszcze rezerwując termin (przy mojej cerze to podobno niewskazane), przez pięc minut masuje mi dłonie, kiedy leżę z jedną z maseczek.

      No dobrze, dlaczego więc nie jestem zadowolona, dlaczego tam już nie wrócę i dlaczego wieszam na nich przysłowiowe psy? Bo doliczyli mi nadprogramowe 10 zł do ceny. Nie chodzi o pieniądze, ale o sam fakt - sorry, ale jak już się gdzieś wybieram, umawiam na cenę, potwierdzam tęże wchodząc i się meldując w recepcj, a przychodzi mi płacić więcej, to moje zaufanie do miejsca spada na łeb, na szyję. Nie wiem, czy tylko ja mam gdzieś w podświadomosci zapisany lęk przed niemożnością zapłacenia za usługę - dajmy na to, przestaje mi działać karta, czy okazuje się, że zgubiłam portfel itp, a włosy już obcięte i co robić, co robić? Byłam już w takiej sytuacji (zagraniczna karta nie chciała "iść" w salonie w PL), i najadłam się wstydu co niemiara, choć obsługa podeszła z wielkim zrozumieniem, i nawet nie przyjęli dokumentów, kiedy leciałam do bankomatu (dzięki Bogu, zadziałał). Może to przez to, jak idę do gabinetu/salonu/fryzjera, chcę wiedzieć na prewno, ile zapłacę, żeby uniknąć niespodzianek.

      Próbowałam ustalić z recepcjonistką, dlaczego ze 120 zrobiło się 130 zł, w odpowiedzi usłyszałam, że taką cenę podała przed chwilą kosmetyczka. Po wysłuchaniu moich wątpliwości i rozłożeniu ramion ("naprawdę nie wiem, dlaczego tak panią policzyła") dziewczę z recepcji wymumblało coś o tym, że jeżeli chcę, mogę poczekać, kosmetyczka co prawda właśnie zaczęła zabieg i nie wiadomo, kiedy będzie wolna, niemniej, jak mam życzenie... Niedoczas rósł, moje umówione kolejne spotkanie stało pod wielkim znakiem zapytania, odpuściłam. Żałuję? Nie. Po prostu tam już nie wrócę, nie chcę, żeby przy następnej okazji poleciało mi nadprogramowe, dajmy na to, 50 zł, których akurat mogę nie mieć przy sobie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2007 19:25

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com