proznosc

Wpisy

  • niedziela, 06 lutego 2011
    • Clinique Repairwear Laser Focus

      W związku z Chrisis*, z którego dopiero co się wygrzebaliśmy, blog popadł w niełaskę. Podobnie jak większość nie-niezbędnych rzeczy. Poza pielęgnacją cery, moją ostatnią deską ratunku przed obłędem. I tym razem wyjątkowo przyjemną, bo testowany produkt działał, co się nieczęsto zdarza przy wysokiej półce.

      Serum Clinique Repairwear Laser Focus Panie pozwolą, Clinique Repairwear Laser Focus. Clinique jak zwykle i jak wszyscy przesadza i to zdrowo w opisie produktu: jako długoletnia fanka zabiegów gabinetowych jakoś nie wierzę, żeby cokolwiek zadziałało tak silnie, jak laser, na którego powołuje się producent. Albo nawet w 63% tak silnie, jak, żeby być precyzyjnym, głoszą reklamy produktu. Lekarze i specjaliści od skóry, do których chadzam na złuszczania, najczęściej mówią o laserze jak o ostatecznej instancji - bardzo agresywnej i bardzo działającej. W moim osobistym kanonie (nie będę tu specjalnie odkrywcza) siła oddziaływania na skórę idzie wzrastająco: kosmetyki - zabiegi gabinetowe (mikrodermabrazje, kwasy itp) - lasery. Oczywiście, dzięki serum Clinique nie dokonuje się niemożliwego przeskoku z siły działania kosmetyków na skuteczność gabinetów medycyny esteycznej. Niemniej, serum działa bardzo dobrze, i stan mojej cery od dawna nie wydawał mi się równie dobrym. Z wszystkich testowanych produktów tego typu ten dał najlepsze rezultaty: wyrównany koloryt, zmniejszone pory, deczko ujędrnienie i jak najbardziej subiektywna,  zdrowa poświata. Do tego nie jest upierdliwy w stosowaniu: choć wodnisty, nie lepi się, nie wysusza, a wręcz przeciwnie, delikatnie nawet nawilża (jednak krem jest tu niezbędny), nie pachnie (yes yes yes), nie ma alkoholu, i, co najważniejsze, daje się go spokojnie stosować w okolice oczu (ku mojemu zaskoczeniu, bo po serum Genifique Lancome i ostatnio napoczętym i odstawionym na lato serum Chanel automatycznie założyłam, że przez ilość alkoholu w serach nie nadają się pod oczy).
      Jasne, że podobny efekt (a nawet lepszy) można osiągnąć mieszając coś w domu albo zerkając na średnią, wyspecjalizowaną półkę - w końcu Clinique nie odkrywa tu Ameryki, bo główną siłą składową serum zdaje się być stara dobra wit A, w dodatku w najsłabszej formie. Jednak nie sposób nie docenić wyjątkowo przyzwoitego jak na kosmetyki luksusowe (które jak na ironię nieczęsto spełniają oczekiwania), produktu. Szczególnie, jeżeli mamy kogoś lecącego ze Stanów, bo tam Clinique jest znacząco tańszy. Albo UK, gdzie w Debenhamsie jest do bodajże 26 lutego bardzo miła promocja (przy zakupie 2 produków Clinique gratisowe pędzle, błyszczyk, maskara, cienie i parę innych rzeczy).

       

      Skład: Water, Dimethicone, Butylene Glycol, Polysorbate 20, Methyl Trimethicone, Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Bis-Peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Glycerin, Silica, Polymethylsilsesquioxane, Lauryl Peg-9 Polydimethylsiloxyethyl Dimethicone, Methyl Gluceth-20, Polysilicone-11, Sigesbeckia Orientalis (St. Paul's Wort) Extract, Retinyl Palmitate, Plankton Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Juice Extract, Arabidopsis Thaliana Extract, Sea Whip Extract, Whey Protein, Pinanediol, Camphanediol, Glycine Soja (Soybean) Protein, Ergothioneine, Acetyl Hexapeptide-8, Caffeine, Micrococcus Lysate, Palmitoyl Oligopeptide, Anthemis Nobilis (Chamomile), Linoleic Acid, Sodium Mannose Phosphate, Ethylhexylglycerin, Caprylyl Glycol, Carbomer, Glyceryl Polymethacrylate, Cholesterol, Aminopropyl Ascorbyl Phosphate, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Peg-8, Xanthan Gum, Sodium Citrate, Sodium Carbomer, Disodium Edta, Phenoxyethanol

      *Christmas Crisis, w skrócie Chrisis, dość kulawo oddaje dwa miesiące kompletnie wyczerpujących i zupełnie zbędnych atrakcji końca grudnia, których kulminacja miała miejsce przez calutki styczeń, podczas którego moje dziecko uznało, że zmiana dekoracji pt babcie-ciocie-jestem królem na mniej widowiskową ja+pracująca mama i okazyjnie tata wymaga dość jasnego postawienia sprawy: sie nie zgadzam. No, i się nie zgadzał. Kto to przeżył, wie sam, kto nie miał przyjemności, pewnie nie zrozumie. Dość powiedzieć, było ciężko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lutego 2011 17:46
  • sobota, 13 listopada 2010
    • Genifique Youth Activating Cream

      W szale zakupowym dostalam wielka mnogosc probek kremu Genifique. Tak wielka, ze sumiennie smarowalam sie nim przez prawie miesiac. Byl to dosc przyjemny miesiac: krem jest prawie-ze bezzapachowy (na tyle, ze moj alergiczny malzonek mogl pelnic obowiazki wspolspacza), i bardzo dobrze nawilza. Ok, stosowalam go wczesna jesienia, wiec nie wiem, jak dalby sobie rade teraz, w okresie grzewczym, niemniej, sa szanse, ze nadal dzialalby tak, jak powinien (jak cos ma w skladzie na pierwszej pozycji za woda gliceryne, to nie ma sily, musi byc odzywcze). Krem ma przyjemna, puchowa konsystencje, ujawniajaca jednak jego wado/zalete (do wyboru, zaleznie od typu cery): wielka ilosc silikonow. Zaprawde, bio product to to nie jest:

      Ingredients:
      Water, Glycerin, Hydroxynated polyisobutene, Cyclohexasiloxane, Dimethicone, PTFE, Dimethicone/Peg-10/15crosspolymer, Cl 77891, Titanium Dioxide, Mica, Sodium Polyacrylate, Hydroxyethylpiperazine ethane sulfonic acid, phenoxyethanol, Faex.yeast extract, Adenosine, Bifida Ferment Lysate, Peg-10 Dimethicone, Ethylparaben, Silica, Chlorphenesin, Polyethylene, Salicyloyl phytosphingosine, Limonene, Linalool, Propylene Carbonate, Acrylates copolymer, disteardimonium hectorite, disodium edta, methylparaben, citronellol, parfum.

      (na rozowo skladniki idenyczne z serum)

      Lancome kremJak widac, sklad (jak to zwykle z wysoka polka bywa) nie powala, choc po serii silikonow znajdziemy tutaj skladniki zblizone do tych z serum (omowionym kilka notek nizej). Krem jednak NIE dziala tak dobrze, jak serum - albo jest tych skladnikow mniej, albo zawieszenie ich w silikonach nie wyszlo im na dobre. Produkt jest przyzwoity, ale tylko przyzwoity. Przyzwoitosc to jednak pozorna: 77.50 euro za sloiczek zaliczylabym do skrajnie odmiennej kategorii etycznej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 13 listopada 2010 15:09
  • niedziela, 07 listopada 2010
    • Nowa Essence Metallics.

      Ha! W NL jest już nowa Essence! Na pewno nie uda mi się po nią wejść jutro, ani pewnie pojutrze, ale będę walczyć ;)

      Kolekcja nazywa się Metallics, i ma kilka nowości, np. zestawy cieni z żelowym eyelinerem, na które będę polować, bo Essencowy eyeliner z poprzednieEssence metallics nowościj (a aktualnie dostępnej w PL) kolekcji jeansowej jest moim topperem; oraz - uwaga uwaga - osobny pędzelek do eyelinera. Mam nadzieję, że będzie to powtórka rewelacyjnego pędzelka z wspomnianego zestawu eyelinerowego. Palety występują w trzech wersjach kolorystycznych, i, z tego, co widzę, każda z nich ma inny kolor eyelinera - aaaa, nie, nie wolno kupować wszystich trzech!

      Fanki lakierów do paznokci zapewne ucieszy bajer znany z Alessandro: magnet do kreowania wzorków na lakierze.

      Kolekcja ujęła mnie także zabawnymi nazwami: jedna z palet to "Nothing else metal".

      Całość do obejrzenia tu.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa Essence Metallics. ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 listopada 2010 22:32
  • wtorek, 26 października 2010
    • Lancome Genifique

      Jest taka kategoria kreatywności pracowników działów PR, od której cierpłaby mi skóra, gdyby nie to, że zwykle bardziej skupiam się na przetrwaniu ataku histerycznego śmiechu. Jakiś czas temu poczesne miejsce na samy szczycie listy owej kategorii zajął koncern L'oreal z lancomowym Genifique. Nawet tak mało rozeznany w biologii historyk jak ja, czytając o odmłodzeniu skóry poprzez stymulację genów, ma ochotę złapać się za głowę. Znaczy się co, znaleziono Wodę Życia czy inny eliksir nieśmiertelności? Nie, nie przesadzam: reklama wyraźnie obiecuje stymulację pracy genów (swoją drogą, co to znaczy, stymulacja genów? mi się od razu kojarzy to z wymianą materiału genetycznego, ale mnie się od zawsze wszystko z procedurą owej wymiany kojarzy). Rzut oka na skład ujawnia, że podejrzenia co do rzetelności producenta są jak najbardziej na miejscu (przypominam, że mówimy o koncentracie młodości 300 pln za 30 ml - mało wydajnym koncentracie, dodam):

      Ingredients: Water, Bifida Ferment Lysate, Glycerin, Alcohol Denatured, Dimethicone,
      Hydoxyethylpiperazine Ethane Sulfonic Acid, Sodium Hyaluronate,
      Phenoxyethenol, Peg-20 Methyl Glucose Sequistrate, Peg-60 Hydrogenated
      Castor Oil, Salicycloyl Phytosphingosine, Ammonium
      Polyacrylinethyltauranide/Ammonium Polyacrylolydimethytaurate, Limonene,
      Xanthan Gum, Caprylyl Glycol, Disodium Edta, Octydodecanol, Citric Acid,
      Citronellol, Fragrance, Ethylparaben, Methylparaben, Butylparaben.


      genifique serumJak chce producent, główną "perełką" składu ma być Bifida Ferment Lysate. Nie dziwcie się, jeżeli ta nazwa brzmi dla Was znajomo: chodzi o popularną w probiotykach bakterię (można by spekulować, jeżeli Genifique oparte jest na Bio-Lysat, czy nie miało by więcej sensu smarowanie się raz dziennie jogurtem - można by, bo działanie owej baktewrii na skórę nie jest jeszcze przebadane, naturalnie, poza laboratoriami L'oreal). Co ciekawe, owe lata badań jakoś przeoczyły fakt wykorzystania składnika przez Estee Lauder w Advanced Night Repair Concentrate Recovery Boosting Treatment (chciałabym, aby ta myśl pochodziła ode mnie, niestety, tak spostrzegwacza jest Paula Begun). Co poza tym? Ano, glyceryna i silikon, oraz straszliwe ilości alkoholu, dzięki czemu wodniste serum błyskawicznie się wchłania, ale i miałam wrażenie smarowania się setką wódki. Wg rozbioru składników z tej strony, Hydoxyethylpiperazine Ethane Sulfonic Acid ma za zadanie rozjaśniać zmiany, a Salicycloyl Phytosphingosine być kombinacją kwasu salicylowego z Phytosphingosine, czyli poprawiać kondycję skóry. Lancome zostało za całą gamę Genifique potępione w czambuł przez krytyków kosmetycznych. Ogólnie - składowo - gołym okiem widać, że serum jest koszmarnie drogim niewypałem.

      A teraz zaskoczenie: produkt względnie dobrze działa. Nie jak kuracja retinoidami czy silne złuszczanie kwasami, ale rzeczywiście, po ponad miesiącu zabawy (serum jest bezzapachowe, w ciąży miałam bardzo mały wybór preparatów ujarzmiających cerę), poza pewnym podrażnieniem (alkohol!!!), moja skóra wyglądała lepiej, co zdarza mi się odnotowywać bardzo rzadko. Oczywiście, można taki efekt osiągnąć wieloma innymi, tańszymi i bezpieczniejszymi dla skóry (alkohol!!!) metodami, ale jednak nie można Genifique odmówić pewnej skuteczności. Nie na tyle wysokiej aczkolwiek by polecać komukolwiek kupno.

       

      fot producent

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 października 2010 16:03
  • czwartek, 23 września 2010
    • aldi lacura

      Poszukując ostatnio informacji o kosmetykach z najtańszych  supermarketów, natknęłam się na info o kremach przeciwzmarszczkowych z Aldiego, które - surprise surprise! - wygrywają w ślepych testach z Heleną Rubinstein (podobno - i jeszcze raz - w ślepych testach 2 tysiące użytkowników - czy też powinnam napisać użytkowniczek - postawiło kremy z Aldiego na pierwszym miejscu, przed wspomnianą Heleną, Olay czy L'orealem). Cała seria, zależnie od kraju, może się nazywać Lacura, Biocura, Siana.

      aldi krem

      Oczywiście, kremy zakupiłam za szaloną kwotę 2 euro z kawałkiem. I dalej było już tylko lepiej. Kremy pakowane są w szklane słoiczki (nie zawsze spotykane przy dużo droższych kremach), w stosowaniu zaś przyjazne skórze. Testowałam dwa: na dzień i na noc, czyli kolejno intensywny i przeciwzmarszczkowy. Ten na noc wypadał dużo lepiej, ale obydwa zaliczyłabym do przyzwoitych produktów. I specjalnie się nie dziwię wysokiej ocenie w anonimowych testach: krem na dzień jest stosunkowo lekki, na noc zaś zdecydowanie odżywczy, i nawet taki nocny suchar jak ja znalazł dzięki niemu ukojenie (nieczęsto się ma to miejsce!). Składy przyzwoite, bez odkryć i rewelacji, ale ze starymi, dobrymi, sprawdzonymi składnikami: koenzymem Q10, retinolem, witaminami E and F i prowitaminą B5 - chciało by się powiedzieć, nic dziwnego, że działają.

      Dodatkową zaletą serii jest to, że dostępna jest w stałej sprzedaży Aldiego. Osobiście ostrzę sobie teraz kły na kolejną ichnią, miejmy nadzieję, perełkę, już obsypaną nagrodami (ale niedostepną):  Aldi Lacura Wrinkle Stop.

      Biocura krem przeciwzmarszczkowy z kompleksem witaminowym i koenzymem Q10

      Skład: aqua, dicaprylyl carbonate, polyglyceryl-2 dipolyhydroxystearate, coco-caprylate/caprate, glycerin, polyglyceryl-3 diisostearate, ethylhexyl stearate, panthenol, tocopheryl acetate, cera alba, sorbitol, carthamus tinctorius oil, vitis vinifera seed oil, canola oil, magnesium sulfate, retinyl palmitate, phospholipids, ubiquinone, glycine soja (soybeans) oil, triticum vulgare (wheat) germ oil, chondrus crispus extract, glycine soja (soybeans) germ extract, linoleic acid, sodium hyaluronate, glyceryl stearate, propylene glycol, ethylhexyl glycerin, parfum, benzyl benzoate, benzyl salicylate, citronellol, eugenol, geraniol, hexyl cinnamal, butylphenyl methylopropional, limonene, linalool, Alpha-Isomethyl Ionone, aluminum/magnesium hydroxide stearate, phenoxyethanol, methylparaben, ethylparaben, propylparaben, isobutyl paraben, butylparaben.

      Biocura krem na dzień z Bio-flawonami i koenzymem Q10

      Skład: aqua, aloe barbadensis gel, glycerin, polyglyceryl-3 methylglucose distearate, cetearyl isononanoate, coco-caprylate.caprate, diethylhexyl adipate, glyceryl stearate citrate, cetearyl alcohol, sorbitol, tocopheryl acetate, cyclopentasiloxane, C 12-15 alkyl benzoate, octocrylene, panthenol, simmondsia chinensis (jojoba) oil, cyclohexasiloxane, glycine soya oil, phospolipids, ubiquinone, algi, magnesium ascorbyl phosphate, sambucus nigra extract, carica papaya extract, disodium adenosine triphosphate, sodium hyaluronate, butyl methoxydibenzoylmethane, chondrus crispus extract, parfum, amyl cinnamal, benzyl benzoate, benzyl salicylate, citronellol, coumarin, eugenol, geraniol, hexyl cinnamal, buthylphenyl methylpropional, limonene, linalool, alpha-isomethyl ionone, propylene glycol,

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „aldi lacura”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 września 2010 22:42
  • poniedziałek, 20 września 2010
    • makeUPsamoUK

      DziękI Sylwiasstej z Femineusa trafiłam na bardzo fajne filmiki z gatunku kosmetyczny pomysłowy MacGyver, czyli dziełka panny o nicku makeUPsamoUK. Filmiki są świetnie zrealizowane, bardzo fajnie wystylizowane, no, a przede wszystkim, można się z nich dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, głównie z gatunku co zrobić z (starymi cieniami, koncówkami pomadek itp). Przy okazji przekonałam się, że nie tylko ja cierpię na nieuleczalny kolekcjoneryzm, ale w przeciwieństwie do mnie, makeUPsamoUK wie, jak go kontrolować (koniecznie zobaczcie genialny pomysł z noszeniem w portfelu wzorników). Filmiki opatrzone są zabawnymi, świeżymi komentarzami. Oby więcej w sieci tak zdolnych rodaczek!

       

      makeUPsamoUK

      (na zdjęciu kadr z wyjątkowo inspirującego filmiku: "JAK: operacja denko - SZTUCZKI / 10 pan project tips &trick")

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „makeUPsamoUK”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 września 2010 23:27
  • czwartek, 16 września 2010
    • Teosyal Cosmeceuticals Advanced Filler

      Jak świadczy o tym ten blog, niespecjalnie lubię tzw wyską półkę. W większości wypadków mam nieodparte wrażenie, że kremy o tym samym (a często lepszym) działaniu, o ile się je dobrze wybierze, można kupić za 1/10 ceny. Są jednak wyjątki, wprawiające mnie samą w niemy stupor. Od jakiegoś czasu takim wyjątkiem nr 1 jest dla mnie Teosyal Cosmeceuticals, Advanced Filler, Hyaluronic Acid normal to combination skin. Krem nie powala składem, a przynajmniej, patrząc na ów skład, jego cena (89 euro!!! za 50 ml) wydaje się być z księżyca:

      aqua, glycerin, propylene glycol, dicaprylate/dicaprate pentylene glycol, capilic/capric trigliceryde, isohexadecane, butyrospermum parkii (shea butter), cetyl alcohol, glyceryl stearate, squalane, phyllanthus emblica fruit extract, dimethicone, butylene lycol, hydroxyethyl urea, sodium hyaluronate, padina pavonica thallus extract, magnesium ascorbyl phosphate, palmitoyl oligopeptyde, palmitoyl tetrapeptide-7, acetyl hexapeptide-8, xanthan gum, ceratonia siliqua gum, peg-75 stearate, ceteth-20, steareth-20, polysorbate 80, tocopheryl acetate, propylene glycol, polysorbate 20, carbomer, parfum, ethylhexyl palmiate, silica dimethyl silyate, caprylyl glycol, chlorphenensin, disodium edta, tromethamine.

      Teosyal Advanced Filler

      Ale... działa. Nie zdarzyło mi się jeszcze w mojej bogatej karierze kosmetykomaniaczki spotkać kremu o takiej sile nawilżania. Aż tyle i tylko tyle. Nie wiem, czy, jak chce producent, krem rzeczywiście, dzięki peptydom, wpłynął na pomarszczenie mojej twarzy, nie wiem też, czy  Argireline®, zmniejszył zmarszczki mimiczne (ciekawam, jak - cokolwiek to jest - miał to zrobić...), nie wiem, czy zakapsułkowana wit. C rzeczywiście mogła tu coś pomóc, nie wiem, i prawdę mówiąc nie chcę wiedzieć. Oczywiście, traktowanie tego kremu jako wyjątku jest nieco naciągane: Teosyal to nie żaden krawiec Dior czy inny pociot Clinique, ale jeden z głównych producentów wypełniaczy (czyli tego, co za ciężkie pieniądze można sobie tu i ówdzie chirurgicznie zamontować w ramach podreperowania urody). Teosyal krem ma być uzupełnieniem zabiegów - i pewnie stąd jego kosmiczna cena (skoro klientka wyda grube pieniądzeu chirurga plastycznego, być może skusi się również na ich przedłużenie w domu). Cóż, jakby nie było, jest to pierwszy w moim dorobku nawilżający krem nawilżający.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Teosyal Cosmeceuticals Advanced Filler”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 września 2010 00:07
  • wtorek, 14 września 2010
    • Żelowy Eye Liner Essence

      Jak wiadomo, uwielbiam marnować pieniądze na wysokopółkową kolorówkę. Z podkreśleniem "marnować", bo jakże często można ustrzec się debetu na koncie inwestując w tanie i równie dobre marki. Na przykład Essence ;) Essence jest moim absolutnym faworytem, szczególnie, że często trafia na przeceny, a przeceny są tym, co kochamy jeszcze bardziej od wydawania pieniędzy na snobistyczną, wysoką półkę.

      Nie za bardzo rozumiem politykę producenta, który wypuszcza różne kolekcje w różnych krajach w różnym czasie, np podobno w Polsce wchodzi teraz Into the Wild, po którym u mnie w NL już hula wiatr na półkach sklepowych. Zasadniczo człowiek spodziewałby się, że kolory opracowane są przez stylistów na daną porę roku i w zgodzie z aktualnymi trendami modowymi, ale, jak widać, nie należy mieć zbyt wygórowanych oczekiwań (o ufaniu stylistom nie wspomnę).

      Essence żelowy eye linerPrzechodząc do sedna po tym przydługim wstępie: najnowsza kolekcja z Essence to Denim Wanted, a w niej perełka: eyeliner żelowy. W przepięknym, grafitowym, delikatnie opalizującym kolorze. Z bardzo dobrym pędzelkiem. Za 2.49 euro. !!!

      Eyeliner nałożony na dłoń (w celu wykonania zdjęć) wytrzymał mycie rąk. Niestraszna mu mżawka (witamy w Holandii), dopiero pod koniec intensywnego dnia zaobserwowałam odwórt z wewnętrznej części powieki (wywinięta końcówka trzymała na mur beton). Nareszcie rozumiem, dlaczego żelowe eyelinery cieszą się takim powodzeniem!

      Już ostrzę sobie zęby na kolejną limitowankę, która ma wejść we wrześniu, We Saw It First. I rzeczywiście, nie sposób odmówić Essence dostrzegania najnowyszy trendów: do stałej kolekcji wszedł ostatnio Matt, czyli matowiacz do lakieru do paznokci, wyjście genialne, jeżeli, jak większość kobiet, dysponuje się już i tak o jeden (dwa, trzy, dziesięć) lakier za dużo, a ma się życzenie podążać za najnowszą modą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 września 2010 14:49
  • środa, 08 września 2010
    • Wywiad z Moniką Jaruzelską

      W Wysokich Obcasach ukazał się wywiad z Moniką Jaruzelską. Jaruzelska, którą darzę sympatią ze względu na bijący z niej niesamowity spokój i niewielką częstotliwość pojawiania się w tabloidach, opowiada o swoim byciu singlem (jest, zdaje się, etatowym samotnikiem Warszawki) ale i o starzeniu. Choć prowadząca wywiad uparcie drąży temat, Jaruzelska ze świętą cierpliwością odpowiada na pytania:

      "Wysokie Obcasy: Gdzieś przeczytałam, że operację plastyczną należy zrobić wtedy, kiedy nasze wyobrażenie o sobie jest inne niż obraz, który widzimy w lustrze.

      Monika Jaruzelska: Czasami, kiedy patrzę na swoje zdjęcia, to widzę, że dużo się zmieniło. Dzięki temu mam poczucie ciągłości, narracji i chronologii mojego życia. Jak w dobrej powieści. Umiem już odróżniać wątki główne od pobocznych".

      Oczywiście, łatwo jest akceptować swoją twarz w każdym jej wydaniu, kiedy jest się równie piękną kobietą. Niemniej, dość przewrotnie brzmią te słowa w ustach osoby, która zrobiła karierę na stylizowaniu innych tak, by wydawali się być jak najbliżsi ideału (i najczęściej - jak najdalsi od swojego prawdziwego wizerunku). Nie wiem, czy szkalować za dwulicowość, czy też chapeau bas za szczerość?

      Bardzo spodobała mi się też ta wypowiedź:

      "Wysokie Obcasy: Z czasem nie wygramy, ale możemy go trochę oszukać.

      Monika Jaruzelska: To nie czas oszukujemy, ale siebie samych. Dla mnie znacznie ważniejsze od tego, jak wyglądam, jest to, jak się czuję. W tym samym czasie, kiedy miałabym stanąć do heroicznej walki o zatrzymanie młodości, coś sobie wstrzykując albo robiąc bolesne operacje plastyczne, mogę zadbać o swoje przyjemności. Wolę położyć się na rozgrzanych deskach pomostu na Mazurach i czuć, jak słońce niszczy moje włókna kolagenowe. Używam oczywiście kremów z filtrem, ale bardziej dla zdrowia niż urody. Dla mnie jest ważniejsze, że po opalaniu dobrze się czuję psychicznie i fizycznie, niż to, że będę miała więcej zmarszczek. Bo te zmarszczki i tak będę miała. A że kilka lat wcześniej?".

      To tak trochę a propos poprzedniej notki o Antheliosie. Nie, nie zamierzam odstawić tych wszystkich kremów, ser i filtrów. Ale - po raz kolejny - zadumałam się nad własną próźnością i jej (bez)sensem.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wywiad z Moniką Jaruzelską”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 08 września 2010 15:46
  • wtorek, 07 września 2010
    • Antek Fondante filtrowy graal

      Jest pewna grupa kobiet, do której niżej podpisana się zalicza, określających się jako filtromaniaczki. Niestety, nazwa dokładnie oddaje problem: grupa ta pod żadnym pozorem nie opuszcza domu bez centymetrowej warstwy filtra na twarzy. Zimą i latem. W słońcu (to jakby normalne) i w deszczu. Cechą wspólną owej grupy, poza upiorną bladością lic i mącznym połyskiem skrobi, którą gruntuje się owe litry filtrów, jest narzekanie na dostępne na rynku filtry oraz poszukiwanie tzw filtrowego graala.

      Antek Fondante filtrowy graal I ja taki graal dla siebie znalazłam: Anthelios creme fondante. Krem, choć do cery suchej, nadaje się także do mojej tłustej skóry: szybko się wchłania, minimalnie bieli, bardzo dobrze nawilża i odżywia. Łatwo daje się zmatowić skrobią czy innym owsem (tak, takimi wynalazkami matuje się zwykle filtry). Nie ma alkoholu, nie migruje, ogólnie cud, miód i orzeszki. Jeżeli LRP przestanie go kiedyś produkować, przewiduję falę protestów. A szczególnie, jeżeli przestanie produkować krem w dwóch wersjach: bez koloru i barwionej, bo dzięki mieszaniu bezpośrednio na twarzy obu mam:

      a) względne poczucie bezpieczeństwa (wszak filtry o prawie identycznym składzie można mieszać bez wiekszego ryzyka utraty SPF)

      b) krem koloryzujący o dośc dobrych właściwościach kryjących i złotawym, herbatnikowym odcieniu, trudnym do znalezienia nawet w ofercie podkładów do twarzy. I jasny, jasny nawet dla takiego truposza jak ja ;). Mieszanie różnych filtrów

      c) najlepszą możliwą ochronę (Państwo wybaczą, ja ze starej szkoły wierzącej w ochronę UVA od LRP).

      Jak widać na zdjęciu, z dość ciemnego kremu (targetem była tu, jak mniemam, normalna, zdrowa karnacja) wychodzi dowolny, jasny, neutralny kolor. Tu mieszany na potrzeby zdjęcia na dłoni, w codziennej praktyce nakładam najpier filtr biały (czyli bezbarwny), na niego natomiast wersję ciemniejszą, co pozwala mi uzyskać kolor jak najbardziej zbliżony do mojej własnej skóry.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Antek Fondante filtrowy graal”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 września 2010 15:19
  • czwartek, 02 września 2010
    • Yves Rocher w wersji eko

      Dawno mnie w okolicy mojego wlasnego bloga nie bylo. Przetestowalam mnostwo produktow, mnostwo szkicow wpisowych czeka na publikacje, pietrza sie zuzyte opakowania, czekajac na swoja kolejke do zdjec; ja jednak wole jakos lezec na kanapie z Ksieciem i szalec na widok kazdego (juz dwuzebnego!) usmiechu.

      Moze wiec zamias zastanawiac sie po katach, jaki by tu zrobic wpis, tak, zeby byl najlepszy i najciekawszy, po prostu cos napisze (bo kosmetykowe mysli nadal mi kraza po glowie, i trzeba je raz na jakis czas rzucic na klawiature).

      A ostatnio zwrocil moja uwage Yves Rocher - ja wiem, ze to firma, o ktorej sie nie powinno na szanujacym sie blogu kosmetykowym pisac, ale najwyrazniej specjalisci od PR z YR odwalaja kawal dobrej roboty, bo, jak patrze na wlasne wpisy, tego YR jest tu calkiem sporo. Do rzeczy: w serii "roslinna pielegnacja" (ktora, swoja droga, zbiera pozytywne recenzje, a i sklady zdaje sie miec niezle) pojawila sie nowa kategoria: produkty do pielegnacji wlosow.

      Yves Rocher ekoDlaczego o tym pisze? Otoz formuly tychze kosmetykow maja byc "pochodzenia biologicznego" (bardzo lubie takie nic nie mowiace zbitki-zmylki), bez silikonow i parabenow. Nooo, skoro juz nawet YR wypuszcza serie bez silikonow, musi byc cos na rzeczy! Poki co, seria zawiera, poza podstawowymi 4 rodzajami szamponow (jak bym chciala, zeby okazaly sie byc bez SLS), odzywkami itp, takze kilka ciekawostek, np. plukanke do wlosow z octem malinowym oraz serum na koncowki. Dalczego owo serum mialo by byc ciekawe? Dlatego, ze wszystkie sera, jakich do tej pory uzywalam, mialy w skladzie silikon (zeby nie powiedziec: skladaly sie z silikonu). Oczywiscie, pozyjemy, zobaczymy (sklady), niemniej, ostrze juz sobie kly.

       

      (zdjecie ze strony producenta)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Yves Rocher w wersji eko”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 września 2010 16:03
  • sobota, 24 lipca 2010
    • Yves Rocher koszmarny salon

      W dawnych, dobrych amsterdamskich czasach koleżanka żaliła się nad lampką wina, że holenderscy fryzjerzy nie za bardzo się certolą z balejażem - rach ciach, w 45 minut klientka gotowa, a to, że np. włosy od spodu, uniesione do koka,  strasza naturalnym, mysim blondem, to już problem owej klientki. Cenę pomińmy litościwym milczeniem. Pół żartem wyliczałyśmy cenę usługi wraz z przelotem do Grecji - Agata właśnie z Grecji wróciła, i z zachwytem pokazywała nową fryzurę, której wyczarowanie zabrało parę niezłych godzin, umilanych kawka i ploteczkami z fryzjerką (uroki kładzenia balejażu na niezwykle gęstych włosach do pasa).

      Owa rozmowa przypomniała mi się w sobotę. Jako, że moja kosmetyczka, przepraszam, skin therapist, programowo nie przeprowadza czyszczenia, musiałam wybrać inne miejsce. Zdecydowałam się na Yves Rocher, który tutaj ma salony na tyłach każdego sklepu - w Amsterdamie wpadałam do nich na woskowanie nóg, i zwykle byłam zadowolona. Nie tym razem jednak. Kosmetyczka poprowadziła mnie obskurnym korytarzem z łuszczącą się farbą do pokoiku, który ostatni remont widział w czasach mojej szkoły podstawowej. Brudne ściany, białe, zniszczone meble kuchenne z najtańszego MDF'u, rzucone byle jak na ścianę kafelki i zero wystroju wnętrza. Sam zabieg wyglądał tak (nie bójcie się, będzie to wyjątkowo krótki opis): milcząca kosmetyczka przeprowadza oczyszczenie twarzy mleczkiem (tym samym, które mam w domu, seria rumiankowa YR), 10 minut parówki, ekspresowe oczyszczanie, przetarcie twarzy alkoholem (!), maska (jedyna ciekawa część, bo nie wiem, jakiego produktu użyto), dziękujemydowidzenia. Na moje zaskoczone ? pani poinformowała, że zabieg trwa 45 minut, czeka już następna klientka, jak chcę kontynuować czyszczenie (a stan moich zaskórników zdecydowanie na to wskazywał), to mam się umówić na następną wizytę. Szczęka mi opadała, zdołałam tylko poprosić o nałożenie kremu z filtrem, na co pani cofła się na sklep i przytargała tester. Znaczy się, klient płaci nie za usługę, ale za roboczogodzinę, bo chyba inaczej się tego nie da nazwać. Cóż, powinnam może sprawdzić ceny tanich lotów do Grecji (do Polski ode mnie ryanairy nie latają).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Yves Rocher koszmarny salon”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 24 lipca 2010 14:10
  • sobota, 26 czerwca 2010
    • Zarqua

      Mamy tutaj w Holandii mało firm, które byłyby niedostępne w Polsce. Nieliczne wyjątki nie są zbyt chlubne; jednym z nich jest Zarqua. Ta niderlandzka firma nie jest zła, jej kosmetyki - przynajmniej te, które próbowałam, a nie jest ich dużo - są przyjemne, jednak drażni mnie i podkopuje moje zaufanie snobowanie się na panaceum dla wrażliwych, podrażnionych skór firmy, która do szamponów i żeli dodaje SLS. W dużych ilościach i bez wyjątku. Owszem, kosmetyki Zarqua pozbawione są parabenów, parafiny, barwników, ekstraktów zwierzęcych i, co dla mnie najważniejsze, składników zapachowych, jednak ów SLS powoduje, że nie kupię ich dla mojego dziecka. krem do rąk Zarqua

      Na sobie testowałam krem do rąk ZARQA Hand Protection Cream. Producent obiecuje w składzie minerały z Morza Martwego,wit. E, oraz  cenne oleje . Konia z rzędem osobie, która owe drogocenne oleje wskaże:

      Skład: aqua, cetyl alcohol, glycerin, propylenbe glycol, isopropyl mirystate, cetearyl ethylhexonate, dimethicone, sodium cetearyl sulfate, panthenol, tocopheryl acetate, allantoin, maris sal (dead sea salt), phenoxyethanol, ethylhexygycerin.

      Wiem, czepiam się. Krem jest jednak przyjemny w stosowaniu, i, co najważniejsze, jako jeden z niewielu obecnie przeze mnie stosowanych, rzeczywiście wspaniale odżywia dłonie, co przy noworodku i myciu rąk z częstotliwością co każde 15min ma spore znaczenie. Na pewno do niego wrócę, choć regularna cena zbija z nóg (można go jednak kupić w 50ml opakowaniach typu travel, co tu oznacza po prostu mniejszą tubkę i brak kartonika, w znacznie przystępniejszej cenie).

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 26 czerwca 2010 23:12
  • niedziela, 20 czerwca 2010
    • Clarins kontra wazelina

      Jako biedna i zakompleksiona studentka myślałam, że kremy do rąk i stóp Clarinsa czy innego Biothermu muszą, po prostu MUSZĄ być lepsze od innych, i pieczołowicie zbierałam stempelki w perfumeriach, marząc, że pewnego dnia znajdą się w moim zasięgu. Jak większość marzeń kosmetycznych, i to okazało się złudne: w tego typu kremach nie ma niczego nadzwyczajnego, poza ceną.

      clarins krem do stóp

      Obecnie wiem już na tyle dużo, że nie kupiłabym kremu do stóp za ponad stówkę w sieciowej perfumerii. Foot Beauty Treatment Cream Clarinsa dostałam jednak jako gratis do ciążowych zakupów (biję się w pierś: wyrzuciłam pieniądze w błoto, ale to temat na inną notkę). Co prawda, arowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, ale...

      Ingredients:
      Aqua (Water), Glycerin, Paraffinum Liqudium (Mineral Oil), Alcohol, Glyceryl Sterate SE, Stearic Acid, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cyclomethicone, Pentylene Glycol, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Octyldodecanol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Unsaponifiables, Cetyl Palmitate, Sodium Magnesium Silicate, Anacardium Occidentale (Cashew) Seed Oil, Parfum (Fragrance), Arnica Montana Flower Extract, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Polysorbate 20, Allantoin, Carbomer, Commiphora Myrrha Resin Extract, Thymus Zygis Oil, BHT, Benzyl Salicylate, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Benzoate, Limonene, Hexyl Cinnamal, Citronellol, Eugenol, Citral, Isoeugenol.

      Straaasznie lubię takie składy, bo widać na nich jak na dłoni, że krem nie ma w sobie niczego aż tak specjalnego: głównie stały zestaw, obecny pewnie także w Pollenie z kiosku, czyli gliceryna, parafina, shea i silikony. Fajne ekstrakty zaczynają się za parfum, czyli jest ich bardzo, bardzo mało, i nie tłumaczą, choćby były, jak w tym wypadku, w śladowej ilości dodaną mirrą, ceny.

      Krem jest, patrząc obiektywnie i niezależnie od ceny, miły w zastosowaniu: szybko się wchłania, nie jest tłusty (choć jest bardzo treściwy), ma kadzidlany zapach, kŧóry zapewne spodoba się panom. Pomógł moim przesuszonym, przemęczonym końcówką ciąży stopom. Tyle, że pomógł im tak samo, jak inne dobre kremy, i nie aż tak dobrze, jak czysta wazelina kosmetyczna nakładana na noc na stopy. W czasach największego przesuszu, kiedy szuranie piętami o prześcieradło nie dawało mi spać (uroki 9-tego miesiąca, kiedy wszystko przeszkadza w spaniu), nakładałam jednak na stopy ową wazelinę, bo wiedziałam, że zadziała lepiej. Po cóż więc przepłacać?

      (fot. strona producenta)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 czerwca 2010 22:40
  • wtorek, 08 czerwca 2010
    • Poczucie humoru Clarinsa

      Z okazji lata oraz wygrzebania kremu przeciw cellulitowi przypomniała mi się moja ulubiona reklama z ubiegłego roku, reklama, która rozpoczęła mój powolny odwrót od firmy Clarins:

      Clarins cellulit

      Clarins zdobył się tu na specyficznie frywolne potraktowanie inteligencji klientek. W obuwiu, jakie prezentuje na sobie modelka, da się na upartego jeździć rowerem (nie takie rzeczy po pijaku ze szwagrem...), ale NIE da się kolarzówką, bo kolarzówka wymusza określoną pozycję kolarza, z, pardonmua, zadem w górze i bardzo specyficznie rozłożonym ciężarem ciała. Do tego, rower, jaki dzierży między udami (bo nic innego z nim chyba się w tym stroju zrobić nie da) hoża niewiasta zdaje się mieć pedały na "klik" do butów, a w to, że da się w nie kliknąć 20 cm koturny nie uwierzy chyba żadna czytelniczka kobiecej prasy (nawet Cosmopolitan'a).

      Dodatkowo, jeżeli układ rąk damy miałby sugerować trzymanie ich na kierownicy, bardziej jestem skłonna uwierzyć, że owa pani grzebie sobie, again pardonmua, w majtkach, bo kolarzówki z tak wyciągniętą do góry kierownicą raczej nieuświadczysz. Choć, z drugiej strony, kto wie: może osoby, które moszczą się na siodełku w upalną, słoneczną pogodę w samych majtkach, za nic mając sobie odparzenia, równie noszalancko traktują sam rower. Oczywiście, pytanie jest czysto retoryczne, jako, że prezentowany tu model roweru najwyraźniej kierownicy jest pozbawiony, chyba, że mamy tu do czynienia z nieznanym, nowym trendem kierownic o 30-to centymetrowej szerokości ramion, w całości chowających się za modelką.

      Ogólnie, widząc takie zdjęcia, mam ochotę palnąć sobie w konsumencki łeb.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Poczucie humoru Clarinsa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 czerwca 2010 23:31
  • niedziela, 06 czerwca 2010
    • Bio Oil

       

      Jak powszechnie wiadomo, jak coś jest do wszystkiego, najczęściej okazuje się być do niczego. Z rezerwą podeszłam więc do internetowego hitu: olejku Bio Oil, który a to rozstępy zatrzyma, a to zmarszczki wygładzi, przy okazji zaleczając trądzik i usuwając blizny.

      Bio Oil szturmuje świat (na stronie można znaleźć mapę zasięgu, z bardzo korporacyjnym opisem typu "my i nasz cel: podbicie wszechświata"): zaatakował jakiś czas temu Holandię, i jest już właściwie wszędzie w sklepach i na reklamach, (prawie że jak otwieram lodówkę...), więc dałam za wygraną i zaczęłam się zastanawiać, czy by go przypadkiem nie spróbować. Szczególnie, że producent gra rzetelnego - na stronie przy opisie działania na blizny i rostępy pojawia się info, że bio oil może pomóc zredukowac ich wygląd, ale ich nie usunie całkowcie. Przy zalewających nas ochach i achach pr'owców pozostałych firm, czuję tu pewną ulgę, choć kto wie, czy nie jest to kolejna zagrywka marketingowa.

      bio oil

      Cóż było robić, zaczęłam pierwsze testy Bio Oil, wciąż się zastanawiając, czy popularność oleju nie wynika bardziej z wszechobecnej reklamy i dystrybucji? Po zużyciu dwóch opakowań, nadal nie jestem przekonana co do odpowiedzi. Produkt ma zalety: nakłada się przyjemnie,  będąc lżejszym niż większość olejowych olejów, ale zostawia tłustą warstwę (nie wyobrażam sobie użycia go rano). Przy nalożeniu mniejszej ilości, niemożliwy jest do wykonania zalecany przez producenta mini-masaż, bo naciąga się skórę. Baaardzo przyjemnie pachnie, choć alergików niestety drażni. Nakładany na noc na twarz wystarcza za krem, dając dość zaskakujące efekty: u mnie zniknęły drobne krosteczki na twarzy i na dekolcie, skóra rano nie ciągnęła (a w czasie ciąży zdarzał mi się taki poranny przesusz po co drugim odżywczym kremie). Po kolejnym półtora tygodnia z Bio Oil zaczynam rozumieć przynajmniej część zachwytów. Skóra ciała zrobiła hiper-gładka, hiper-jędrna, jedwabista i aksamitna (używam balsamów po każdym prysznicu, gładkość w wydaniu Bio Oil to jednak nie to samo, na korzyść wyżej wymienionego). Używany na twarz był przez dłuższy czas ciążowego przesuszu jedynym produktem, po którym nie budziłam się z za małą skórą. Dodatkowo, wyraźnie zmniejszyły mi się pory: konsultantka Biothermu odradziła mi maseczkę ściągającą pory, bo przecież pani ma normalne pory (moje "normalne" pory są jak kratery).

      No dobrze, dlaczego więc nie wpadam w zachwyt? Cóż: Bio Oil wcale nie ma aż tak zachwycającego składu. Owszem, znajduje się w nim wit A, czyli jedyna tak naprawdę substancja, które może spełnić obietnice producenta co do redukcji blizn, zmarszczek itp, ale w słabej formie Retinyl Palmitate, co zresztą powoduje, że można go używać w ciąży (większość aktywnych form wit. A jest absolutnie zakazana). Dodatkowo wit E, której też nie można uznać za wielkie odkrycie kosmetyczne (choć jej skutecznośc jest nie do podważenia). Producent chwali się, że główna "działająca" perełka to tutaj  PurCellin Oil™, czyli odtworzona w laboratorium wydzielina gruczołu kuprowego kaczki - swoją drogą jak dobrze, że to syntetyk... Z tym, że dokładnie nie wiadomo, co ze składu w skład owego PurCellin wchodzi:

      Paraffinum Liquidum, Triisonoanoin, Cetearyl Ethylhexanoate, Isopropyl Myristate, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Anthemis Nobilis Flower Oil, Lavendula Angustifolia (Lavender) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Calendula Officinalis Flower Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glycine Soja (Soybean) Oil, BHT, Bisabolol, Parfum, Amul Cinnamal, Benzyl Salicytate, Citronellol, Coumarin, Eugenol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool, Alpha Isomethyl Ionone, CI 26100.

      Dzięki Mariannie z Femineusa mamy tłumaczenie formuły zapachowej Bio Oil:

      Amul Cinnamal - jaśmin
      eugenol - goździki ew. cynamon,
      Citronellogeraniol - pelargoniowo-cytrynowo-różany,
      Coumarin -  świeżo ścięta trawa, nuty słonecznr,
      Hydroxycitronellal -  kwiatowy,
      Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde -  lilie,
      Limonene -  cytrusy,
      Linalool -  konwalie,
      Alpha Isomethyl Ionone - substancja zapachowa - silnie drażniąca

      Podsumowując: nie jest to zły produkt. Jego głowną wadą jest cena/pojemność: 60 ml kosztuje 10 euro (normalnie 13, ale non stop jest w promocji). Nie za bardzo rozumiem też ideę pakowania do skladu kosmetyku przeznaczonego na twarz i dla kobiet w ciąży tak wielu drażniących składników zapachowych, choć rzeczywiście, sam zapach jest piękny. Rozumiem jednak zachwyty internautek, bo na mnie ów produkt też się sprawdził. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile rzeczywiście zapobiegł rozstępom (czy już się chwaliłam, że zaliczyłam ciążę bezrozstępowo?), ale coś mi mówi, że jego dobre dziąlanie odżywcze na skórę mogło tu mieć znaczenie. Ogólnie: jeżeli zdaży mi się wrócić do błogoslawionego stanu, na pewno wrócę też do Bio Oil.

       

      (fot własna)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bio Oil”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 czerwca 2010 17:24
  • wtorek, 30 marca 2010
    • Biotherm, Biovergetures (Żel przeciwko rozstępom)

      Nie wiem, na czym polega fenomen tego kremu, ale w większości opinii jest on bardzo skutecznym produktem przeciw rozstępom. Z tego, co widzę, zmienił się skład - od połowy zupełne przetasowanie składników, także komfort używania mógł się znacząco poprawić w porównaniu ze starą wersją. Na lepsze, mniemam, bo był to jeden z ulubionych kremów używanych przeze mnie w ostatnich miesiącach.

      Biotherm Biovergetures rozstępomBiotherm twierdzi, że krem

      a) pomaga przeciwdziałać rozstępom w okresie ciąży - dzięki nawilżaniu, olejom i algo-silikonowi. Ok, nawilżanie nawilżaniem, krem ma w składzie w przeważającej ilości stare dobre silikony. Ale już oleje to najnormalniejsze, najbardziej popularne: karite i soya, oraz - wg producenta - borage, którego ja osobiście w składzie nie widzę?

      b) redukuje istniejące zmiany, poprzez stymulację regeneracji tkanek. Tutaj poważnie zastanowiłabym się, co miało by w ten sposób zadziałać:

      Skład: Aqua (Water), Cyclopentasiloxane, Glycerin, Propylene Glycol, Stearoxy Dimethicone, Myreth-3 Myristate, Propylene Glycol Diethylhexanoate, Glycine Soja Oil, Phenoxyethanol, Hydroxyproline, Butyrospermum Parkii Butter, Carbomer, Hydrogenated Lecithin, Parfum, Tocopheryl Acetate, Benzyl Salicylate, Cholesterol, Methylparaben, Sodium Hydroxide, Dimethiconol, Sodium Stearoyl Glutamate, Propylparaben, Disodium EDTA, Methylsilanol Mannuronate, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Eugenol, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Linalool, CI 77491 (Iron Oxides), CI 177492 (Iron Oxides).

      Czyli:

      Aqua (Water), Cyclopentasiloxane (silikon), Glycerin, Propylene Glycol (humektant), Stearoxy Dimethicone (silikon), Myreth-3 Myristate (emolient), Propylene Glycol Diethylhexanoate (emolient), Glycine Soja Oil, Phenoxyethanol (konserwant), Hydroxyproline (zastanawia mnie, czy to nie ów składnik ma mieć działanie przeciwrozstępowe), Butyrospermum Parkii Butter, Carbomer (zagęszczacz), Hydrogenated Lecithin, Parfum, Tocopheryl Acetate, Benzyl Salicylate, Cholesterol, Methylparaben, Sodium Hydroxide, Dimethiconol, Sodium Stearoyl Glutamate, Propylparaben, Disodium EDTA, Methylsilanol Mannuronate, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Eugenol, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Linalool, CI 77491 (Iron Oxides), CI 177492 (Iron Oxides).

      A jednak krem oceniam bardzo wysoko. Zgadzam się i z producentem i z użytkownikami: krem ma kremową konsystencję, jednak wchłania się bardzo szybko. Nawilża i odżywia skórę wręcz rewelacyjnie, i jestem skłonna przyznać, że mogło to mieć wpływ na całokształt działania prewencyjnego. Jest bardzo komfortowy, ALE ma bardzo, bardzo, bardzo mocny zapach. Tak mocny, że mogłam go używać tylko w czasie nieobecności alergika w domu. Aromat owszem, przyjemny (lilie, konwalie), ale dlaczego aż tak instensywny? Zapewne wiele ciężarnych kobiet przyzna mi rację: Biotherm przesadził.

      Cena: 160zł / 100mlh

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 marca 2010 23:57
  • sobota, 20 marca 2010
    • Yes to carrots

      Jakowielki wielbiciel królików i marchewki nie mogłam przejść obojętnie wobec półek ze smakowicie nazwanymi kosmetykami Yes to carrots (Tak dla marchewki). Pochodząca z Izraela firma szybko podbija światowy rynek: raz, że jej kosmetyki są stosunkowo dobre i względnie tanie, dwa, trafiają w nurt "naturalnych" produktów (z tą różnicą, że są dostępne w Sephorach i innych drogeriach, oraz, co wytykają im zwolennicy prawdziwie eco kosmetyków: w wypadku kremów czasem zawierają składniki wyklęte przez prawdziwie naturalne firmy, jak pochodne formaldehydu).

      Ja jednak miałam przyjemność używania szamponu, który, mam nadzieję, żadnych wynalazkow tego typu nie ma. Nie ma też SLS, czyli wroga nr 1 mojej skóry głowy, po którym dopada mnie łupież, tragiczne swędzenie i przetłuszczanie włosów (jak mniemam, ogłupiała agresywnym detergentem skóra próbuje się na siłę zregenerować). Ani silikonów, które występują w co drugim szamponie drogeryjnym. I cóż - jak do tej pory mogę śmiało powiedzieć, że to jeden z najlepszych szamponów do włosów, jakie używałam. Trzeba przyznać, na tle innych szamponów, jego skład jest wręcz imponujący: same wyciągi roślinne, woda morska, niacinamide i wit. E:

      Skład: Water (Aqua), Sodium Coceth Sulfate, Magnesium Chloride, Dead Sea Water (Maris Aqua), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olea Europaea (Olive) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Propanediol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Daucus Carota Seed Oil, Daucus Carota Juice, Cucurbita Pepo (Pumpkin) Juice, Ipomoera Batatas (Sweet Potato) Extract, Cucumis Melo (Melon) Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Honey(Mel) Extract, Fragrance (Parfum), Algae Extracts (Rhodella, Dunaliella, Spirulina), Silt (Maris Limus), Niacinamide, Vitamin E (Tocopheryl Acetate), Ginkgo Biloba Leaf Extract, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Punica Granatum (Pomegranate) Peel Extract.

      Po tym szamponie moje włosy są: lekkie, delikatne, nieobciążone, i, co najważniejsze, nie przetłuszczają się (ba, śmiem nawet twierdzić, że zyskuję jeden dzień więcej pomiędzy myciami). Do tego nie mam podrażnionej skóry głowy - czegóż chcieć więcej?

      Niestety, polska cena szamponu jest nie do przyjęcia: w Holandii (ta sama pojemność, pół litra) kosztuje 6 euro, ja swój kupiłam w ofercie z 50% zniżką.

      maseczka do włosów yes to carrots W tej samej serii jest też maseczka do włosów: Yes to carrots, C is for hair, Hair and Scalp Moisturizing Mud Mask. I tu muszę przyznać, że nie jest tak dobrze, jak z szamponem: tzn skład bardzo ładny, ale co z tego, skoro na włosach większych efektów nie ma, a fryzjerka nie mogła uwierzyć, że podcinałam końce dwa miesiące wcześniej - maska nie ma aż tak silnego działania na włosy, jak typowe, intensywnie regenerujące maseczki. Do tego - jak na produkt naturalny niedopuszczalne - ma w składzie silikon, fakt, niewiele, ale jednak... I, na dobitkę, ma w składzie Imidazolidinyl Urea, który ma uwalniać (powyżej 10°C) formaldehyd. Nie jest to produkt zły, jednak więcej do niego nie wrócę.

      Water (Aqua), Silt (Maris Limus), Dead Sea Water (Maris Aqua), Olea Europaea (Olive) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Macadamia Ternifolia Oil, Glycerin, Lactic Acid, Cetearyl Alcohol, Niacin, Dimethicone, Algae Extracts (Rhodella, Dunaliella, Spirulina), Ipomoera Batatas (Sweet Potato) Extract, Cucurbita Pepo (Pumpkin) Juice, Daucus Carota (Carrot) Organic Extracts, Daucus Carota (Carrot) Juice, Panthenol, Chamomila Recutita (Chamomile) Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Juice, Imidazolidinyl Urea, Fragrance (Parfum), Cinnamomum Zeylanicum Oil, Apple Vinegar (Acetum), Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Daucus Carota (Carrot) Seed Oil, Cetrimonium Chloride, Punica Granatum (Pomegranate) Peel Extract.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Yes to carrots”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 20 marca 2010 23:59
  • czwartek, 18 marca 2010
    • Miller Harris

      Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach pracy w korporacji i częstych wizyt w 5* hotelach, szanowny małżonek, który jeszcze nie był małżonkiem, przywiózł jako gifta zestaw kosmetyków Miller Harris. Urzekły go zapachy, co, jak na alergika, jest naprawdę osiągnięciem nielada - nie przypominam sobie go świadomie decydujacego się na zabranie do domu jakichkolwiek innych produktów ze względu na ich zapach (za to gubię się już w tych, które musieliśmy, z tych samych powodów, wyrzucić - misiowa alergia na syntetyczne zapachy nie zna litości). Naturalnie, skoro zapach podszedł misiowi, mua pozostała niespecjalnie powalona na łopatki - ot, cyrtynka z drzewnymi nutami. Do tego, szampon z zestawu citron citron straszliwie mnie podrażnił, przywołując już od dawna zapomniany łupież po-SLS'owy (agresywne szampony tak bardzo wysuszają mi naskórek, że ten, wariując, zaczyna się łuszczyć):

      aqua, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine, lauramide DEA, Sodium lauroyl oat amino acids, Sodium Chloride, DMDM Hydantoin, hydrolyzed wheat protein PG-propyl silanetriol, polyquaternium-7, parfum, panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Citric Acid, disodium EDTA, Citral, Liomonene, Linalool, Lilial.

      (wszystkie ciekawe sładniki są tutaj za parfum, czyli nie ma co liczyć na ich porządną ilość.

      I coś mnie przy ostatnich porządkach w łazience tknęło do wygooglania Miller Harris. Ludzie, toż to rozbój w biały dzień! Ja wiem i rozumiem, ale żeby 250 ml balsamu do ciała dawało po kieszeni w wysokości  49 euro (niestety, wywaliłam już opakowanie, a szkoda), a żelu pod prysznic (też 250ml) kosztowało 42 euro!!! Żelu, dodam, o następującym składzie:

      aqua, sodium laureth sulfate, cocamidopropyl betaine, disodium laureth sulfosuccinate, lauramide DEA, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Polyquaternium-7, Parfum, DMDM Hydantoin, Sodium Chloride, Algae Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Chamomilla Recutita (Matricaria) flower extract, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Citral, Liomonene, Linalool, Lilial.

      Miller Harris

      Owszem, mydełko w kostce jest fajne,

      sodium palmate, sodium palm kernalate, aqua, glycerin, parfum, sodium chloride, titanium dioxide, tetrasodium etidronate, pentasodium pentetate, citral, liomonene, Linalool, Lilial.


      ale czy jest w tym składzie coś, co tłumaczyło by jego cenę 12 euro za kostkę?

      Owszem. Jedno. Perfumy. Lyn Harris jest jedną z najsłynniejszych kreatorek zapachów na świecie - jedną z pierwszych, które oferowały, po wiekach zapomnienia, ultra-prywatny serwis: kreowanie perfum na zamówienie konkretnej osoby. I te perfumy są bardzo, bardzo drogie - Harris przyjmuje góra 6 zamówień w roku. Poza owym ekskluzywnym serwisem, ma też własne sklepy i kilka ogólnodostępnych linii zapachowych, z czego jedną jest właśnie moja citron citron. Harris szczyci się tym, że, poza kreowaniem nowych perfum, serwisuje też stałych klientów, dostarczając im balsamy, żele, szampony, świece i wszelkie inne dobra pachnące w ten jeden, jedyny, opracowany specjalnie dla nich, sposób. Czy jednak warto? O ile owe super-drogie perfumy dodawane są do produktów o składach równie zwyczajnych, jak te powyżej, moim zdaniem - nie.

       

      (zdjęcia ze strony producenta)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Miller Harris”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 marca 2010 23:53
  • środa, 17 marca 2010
    • ERIS PHARMACERIS-M FOLIACTI - KREM ZAPOBIEGAJĄCY ROZSTĘPOM

      Pierwszy krem przeciw rozstępom, którego używałam w ciąży, od samiuteńkiego poczatku 4 miesiąca. Co prawda Eris podpadł mi strasznie kremem do biustu, jednak ten balsam (o ile pominiemy opis producenta) jest zdecydowanie wart spróbowania.
      Krem ma przyjemną konsystencję: ani za rzadką, ani za gęstą. Spokojnie można się po aplikacji ubrać, bo całkiem nieźle się wchłania (przez to jednak nie można wykonać masażu - coś za coś). Jest go stosunkowo mało, ale jest bardzo wydajny, można mu więc wybaczyć pojemność. Jestem nawet w stanie uwierzyć w jego hipoalergiczność - mój małżonek tolerował jego zapach, a przynajmniej nie miał wieliej reakcji alergicznej.

      Eris Pharmaceris FoliactiNajwyraźniej, w porównaniu do wersji z 2006 roku,  firma zmieniła odrobinę skład, przesuwając na nieznacznie wyższe pozycje glicerynę i wit. E. Jak widać po składzie, krem będzie przede wszystkim działał nawilżająco (mnóstwo gliceryny i parafiny, dalej trzy ciekawe składniki roślinne):

      Skład: Aqua, Isopropyl Myristate, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Cyclomethicone, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Cotton ( Gossypium) Seed Oil, Barley (Hordeum Distichon) Extract, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Tromethamine, Propylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Disodium EDTA, Mushroom (Fomes Officinalis) Extract, Xanthan Gum, Allantoin, Escin, PVP, BHA, Butylene Glycol, Theophylline, Caffeine, Threonine, Carbomer, Folic Acid, Atelocollagen, Polysorbate 20, Sodium Chondroitin Sulfate, Methylparaben, Chlorhexidine Digluconate, Propylparaben, Ethylparaben, Parfum.

      To, co w Foliacti bardzo mi się nie spodobało, to opis na opakowaniu. O ile jestem w stanie kupić zdanie "Wzmacnia i uelastycznia skórę, zapobiegając powstawaniu rozstępów" (no, bo w końcu ma olej bawełniany i wit. E, i sporo nawilżaczy) to już następująca sentencja:  "Aktywnie wpływa na spalanie tkanki tłuszczowej hamując gromadzenie się tłuszczu w miejscach szczególnie narażonych na powstawanie rozstępów (uda, pośladki, brzuch, biodra)"* rozłożyło mnie na łopatki. Ke? Czy bycie w ciąży oznacza, że klientka kupi każdy kretynizm? I czy, nawet, jeżeli byłaby to prawda, chcemy w ciąży stosować preparaty, które aktywnie będą nam spalać tkankę tłuszczową? Jeżeli krem przenikałby tak głęboko, śmiem twierdzić, że nie byłby wskazany w czasie ciąży.

       

        1. the angels related to the death of Christ: Angelic Pietà; angel of the Trinity.

      INTRODUCTION

      The image of Angelic Pietà presents a very simple composition: the dead body of Christ being held by a weeping angel or angels. Iconographically this motif is closely related to the image of Christ as a Man of Sorrows. With some of the images, it is even difficult to distinguish between the two groups of representations; the isolated image of Man of Sorrows overlaps with the image of angels crying over the Christ's dead body. In the literature on the subject, there is a tendency to treat the Angelic Pietà as a subgroup of representations of Man of Sorrows. This is in line with general treatment of the subject: some scholars, as for example Duffy, do not distinguish the separate images of Mass of St. Gregory, Man of Sorrows and Image of Pity, considering them a variation of the same subject1. The subject was very popular throughout Europe during the opening decades of the 15th century, especially in the small-scale works of private devotion, such as reliquaries and Books of Hours.

      THE CLASSIFICATION

      In the literature on the subject there seem not to be an agreement on the classification of the angels assisting to the body of Christ. The man of Sorrows with the angels, a description - according to Camille - seen in the inventories contemporary to the panel of Meister Francke, is, according to the same scholar, a type of an Imago Pietatis, often described in modern literature as the "Angel Pietà"2. Some scholars disagree with the general treatment of the motive: for example, according to Reau, if the body of the angelic Pietà sits at the edge of the sarcophagi or stone, than the subject is not the Pietà , but "a burial by angels".

      ORIGIN

      The Iconography of both - Man of Sorrows and Angelic Pietà - are derived from the Mass of St Gregory, with its central image of dead Christ, often supported by angels. The legendary vision of St. Gregory had its origin in the icon from Santa Croce, copied since the 14th century.

      Gertrud Schiller points out possible early origin of the angels carrying the body of Christ: "The motive of two angels displaying a symbol of Christ - and the Gregorian Man of Sorrows has to be seen as a figural symbol of Christ - belongs, however, to a tradition that dates back to Early Christian art. In the early period the angels display Christ's name, his bust or a cross in a clipeus, in the Late Carolingian period these are often replaced by the Lamb of God or sometimes by the face of Christ and in the Late Middle ages by a chalice and host", suggesting that the image is related to the "increasingly intense experience of God on earth throughout the sacrament"3.

      TYPES

      The setting in which the angels are carrying the body of Christ might be slightly different in various representations. In principle, images can be divided according to the presence - or lack of - of sarcophagi. According to Schiller, the type without the sarcophagi (or cloth) would be an Italian invention, possible to be traced to Byzantine prototypes, and popular with North Italian artists such as Tintoretto. However, we are not sure about this interpretation: there are several images of angelic Pietà from Italy, showing angels lifting the body of the dead Christ from the grave.

      Schiller also suggest that presence of the tomb is typical for a French variation of the motif. According to this scholar, French art did not have free-standing single figure of Man of Sorrows, and did not adopt the Roman type of Imago Pietatis until the second half of the 14th century, when it also reformulated it. Consequently, the Man of Sorrows in many French images does not stand freely in the tomb but is supported. An independent type arises known as the Pietà with angel and is soon followed, either in its entirety or as separate motifs, in other countries: an angel, often in liturgical garment, stands between the cross and the tomb and with hands veiled in the shroud supports the Man of Sorrow from behind. This form must had been common in France by the last quarter of 14th c., for in 1383 Philip of Burgundy bought from a painter named Jean d'Orleans a painting representing 'notre seigneur dans le sepulcre et l'ange qui le soutient'. The general conclusion of Schiller is that the image originated in France and become widespread. Scholar does not give a proof of this thesis; therefore her interpretation should perhaps be looked at as a suggestion, not a discovery. The image of Christ pasrshly lifted up from the tomb is very comon in Netherlandish interpretations of the St Gregory Vision; Christ's tomb is here commonly interpreted as an altar.

      Popularity of aforementioned images could be related to this origin and enormous indulgences which Popes bestowed on those who prayed before the image of Man of Sorrows. Another reason might be a late medieval understanding of the Passion of Christ as a main element of private devotion, with emphasis on the manifested human nature of Christ. Those Images of Pity were endlessly reproduced, from the form of cheap block-prints to be pinned up in the houses of the poor, illustration for Passion prayers and devotional poems, to small altars for private devotion4.

      INTERPRETATION:

      What is the role of angels carrying the dead body of Christ? Why did the motive enjoyed such a popularity in the 15h century? At the end, as noticed by Belting: "there is no biblical situation, in which Christ, as a corpse, is held by an angel"5.

      According to Schiller, angels in the image of Man of Sorrows evoke: "tenderness meant to awaken a sense of involvement in the spectator than assistance for the Man of Sorrows". According to her, even if there is an angel and Christ is seemingly leaning on it, he does actually not do it, practically standing by himself. This would agree with the interpretation of the Angelic Pietà by Maister Francke by Camille. Camille points out the existence of the angels as a tool for identification for the viewer within the picture. Here angel serves an incorporation of donor/viewer in the scene6. "Francke's angel only gingerly grasps the Saviour, and does so in a cloth (as celebrant holding the wafer in the mass). Christ's body becomes a host, offered to the viewer by the angels; "panel makes visible the eucharistic re-enactment of the passion in each individual beholder"7, or, in other words, the Eucharistic notion of offering of Christ's body8. . In general, scholars seam to agree that the presence of angels at the body of Christ relate to the changes in religiosity of 15th century. The image of continuously suffering, even at the ascension, Man of Sorrows takes over the Majestas Domini whose human suffering continues9.

      This is not the only example at which the angel who supports or carries the dead Man of Sorrows has been interpreted as the angelus missae (Schrade and Mersmann). Schiller suggest that this interpretation is not valid for Pisano's sculpture, but is more tenable for the French pictorial type, especially when angel lifts Christ out of the tomb. Idea is grounded in the canon of the mass: after the transformation of the elements the celebrant prays: "Command that this be taken in the hands of thy holy angel to thy heavenly altar" (possible but not certain connection: Man of Sorrows was understood as representation of the passion but also as Eucharist). But this interpretation can relate only to sacramental Christ and not to Christ carried to heaven. Angels exhibiting the Man of Sorrows in the earthly sphere are typical for Late Middle Ages (instead of symbol of victory). In this way, the angels with Christ perform the exhibition and offering of the sacrament, but not the ascension! At the same time, Schiller brings up the examples which she clearly interprets as the angels ascending Christ, for example at Hans Baldung (Grien). Here, the angels, together with clouds, the are the attributes that the painter uses to demonstrate the exaltation of the Man of Sorrows or his assumption into heaven.

      Another interpretations of the presence of the angels include a need to illustrate the divinity of the Christ who as man is dead. Sometimes the function of the angels can be described as protective: the angel raises the dead Christ in the tomb or supports him to prevent him sinking back, or even sometimes he appears to lift him out of the tomb. An interesting interpretation was given by Ringbom: auxiliary figures of the angels in such images as 'presenting the dead body of Christ to the worshiper, while at the same time by their presence acting as intermediaries in offering to God the prayers directed to the image'10.

      TO DO:

      A particularly interesting type of this image was created in the Flemish art: Angel of the Trinity, where the angel holding the dead body of Christ replaces the Holy Spirit, becoming one of the persons of the Trinity.

      1 E. Duffy, Stripping, p. 238-239.

      2Camille, 185.

      3Gertrud Schiller, Iconography of Christian Art, p. 216.

      4 E. Duffy, Stripping, p. 238-239.

      5Hans Belting, "The Image". 68-79, za: Camille, Mimetic Representation, p. 187

      6Camille, Mimetic Representation, p. 194.

      7Camille, Mimetic Representation, p. 194.

      8Hans Belting, "The Image". 68-79, za: Camille, Mimetic Representation, p. 187

      9Gertrud Schiller, Iconography of Christian Art, p. 216.

      10Ringbom, Icon to Narrative, p. 68, za: Camille, Mimetic Representation, p. 187

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 17 marca 2010 23:55

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com