proznosc

Wpisy

  • piątek, 29 lutego 2008
    • Henna Plus

      Tym z Was, ktorszy bywaja na zgnilym Zachodzie, a szczegolnie w kraju tulipanow, moze wpasc w oko holenderska marka kosmetyczna, dostepna zrestza chyba takze w polskich sklepach: Henna Plus .

      Na swojej stronie firma powtarza sie do znudzenia w podkreslaniu naturalnosci swoich produktow, bezpiecznych dla skory i wlosow, nietestowanych na zwierzetach, zawierajacych naturalne skladniki. Zastanawiam sie, czy to demagogia a'la Clarins, tyle, ze podana w mniej profesjonalny sposob, czy tez mamy tu do czynienia z naprawde ekologicznie ukierunkowanym producentem?

      Statement, z ktorego wynika ich przywiazanie do wlasnej narodowosci, nie wrozy najlepiej: "A fully Dutch company that aims to bring the best natural care for everybody.". Coz, kto mial przyjemnosc wspolpracowac z Holendrami, wie, jak malo prawdopodobnie to brzmi.

       

      Henna Plus Hairwonder

      Tym, co testowalam ostatnio, byl Hairwonder Hair Repair Hot Oil 100ml. Jak to zwykle bywa, mial robic cuda. Nie robil. Owszem, to przyzwoita odzywka, ale bardzo malo wydajna, i baaardzo delikatna. Mysle, ze glowny problem jest tu natury antropologicznej: Holenderki, jak wiekszosc mieszkanek Polnocy, maja bardzo cienkie i delikatne wlosy. Najczesciej blad, najczesciej w niewielkich ilosciach. Odzywka przeznaczona do tak delikatnego upierzenia nie daje sobie rady z niewiele tylko mocniejszym wlosem, jak moj. Wniosek: produkt dla posiadaczek bardzo lekkich wlosow.

      Nie jestem wielkim specem od skladow, ale nawet dla laika jasnym jest, ze podany ponizej nie do konca wpisuje sie w nurt "kosmetyki naturalnej". Zawartosc dwoch organicznych substancji, tak powszechnych, ze sa nawet w produktach L'Oreala, nie czyni z tej odzywki kosmetyku "naturalnego". Nie uzyto jako konserwantow parabenow, i to sie zapewne chwali, ale to jakby za malo. Ogolnie - chyba znow nas nabijaja...

      Sklad:

      aqua, cetearyl alcohol, ceteareth-20, stearyl alcohol, cetrimonuim chloride, distearyldimonium chloride, dimethicone, oleyl erucrate, butyrospernum parkii, tocopheryl acetate, amodimethicone, trideceth-12, lauryl pyrrolidone, panthenol, cassia auriculata, dipropylene glycol, cocodimonium hydroxypropyl hydrolyzed keratin, polyquaternium-32, mineral oil, parfum, lactic acid, sodium hydroxide, methylparaben, diazolidinyl urea, alpha-isomethyl ionone.

       

       
       
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lutego 2008 12:24
  • poniedziałek, 29 października 2007
    • alergicy do boju

      Nie zdawalam sobie sprawy z tego, jak wiele wysilku, trudu i problemow moga kosztowac alergie. Jako, ze moja jedyna jest solarium, a tego latwo unikac, kwestia alergenow jakos niespecjalnie mnie obchodzila.

      Az na mojej drodze nie stanal mezczyzna mojego zycia. Z alergia na tak hojnie dodawane do kosmetykow "fragrance". Alergia objawaiajaca sie migranami, kompletnym wku**em i doslownymi, a moim zdaniem majacymi na celu naoczne wykazanie powagi sytuacji awariami sytemu trawiennego.

      Po wielu miesiacach prob i bledow udalo mi sie wypracowac metode. Metoda ta polega na eliminacji "fragrance" z balsamow do ciala i innych oraz przestanie uzywania perfum.  Wiem, moglam do tego dojsc w ciagu dziesieciu minut. Ale najwyrazniej jestem rownie uparta jak alergia.

      pharmaceris balsam

      Po wielu podtruciach, kilku zmarnowanych nocach itd stanelam przed polkami sklepowymi, przecierajac oczy z niedowierzaniem. CO maja robic alergicy, przy tak ograniczonym wyborze? Bogaci, szczesliwi posiadacze alergii moga kupowac La Roche Posay (bardzo przyzwoite), oraz Clinique (jeszcze nie testowane - cena zaporowa). Reszcie, w tym mnie, pozostaje spora gimnastyka. Taki na przyklad Eris: wypuscili rewelacyjny, gesty, super odzywczy balsam do ciala z serii Pharmaceris A. Wypuscili, zuzylam dwa opakowania, zakochalam sie, p[o czym balsam jest wycofany. Dlaczego, no dlaczego? Balsam mial mnostwo mocznika (5 miejsce w skladzi, za gliceryna), ale nie lepil sie i pozwalal skorze oddychac. W składzie ceramidy,  witamina E, masło shea, olej awokado, alantoina i d – pantenol, squalan - wlowem, tablica Mendelejewa dla odzywione, nawilzonej skory. Nie mial zadnej chemicznej nutki zapachowej, slowem, byl idealny, szczegolnie na zime. Byl. Eh... Jezeli ktokolwiek rozumie polityke firm kosmetcyznych, i bylby sklonny mi ja wyjasnic, prosze o kontakt.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2007 12:34
  • poniedziałek, 22 października 2007
    • Biotherm Nutrisource

      Kazdemu, kto narzeka na polski system medyczny, proponuje blizsze zapoznanie sie z holenderskim. Poziom uslug na poziomie nizszym niz w krajach trzeciego swiata, nastawienie z gatunku "bo my wiemy wszystko najlepiej". Mam porownanie z Etiopia, i choc nikomu nie zycze bycia pacjentem etiopskiego szpitala, personel, coz, byl tam znacznie lepiej wykwalifikowany, niz niderlandzki...

      Kierowana przeswiadczeniem o wlasnej wielkosci dermatolog skierowala mnie na peelingi kwasami. Nakazujac nieprzerywanie agresywnej terapii (nadtlenek benzoilu + retin-A + differin + antybiotyk).  Akurat pozyczylismy znajomym aparat, nie udalo mi sie wiec uchwycic cery spalonej miejscami do zywego. Kilka niezaplanowanych dni w domu, dzien prawie-glodowki (najbardziej salona mialam brode i okolice ust, nie moglam wiec otwierac paszczy na szerokosc, dajmy na to, kanapki), jakis litr nawilzaczy, i cera zaczela sie luszczyc. Zalety: kolejny powod do narzekania na holenderska sluzbe medyczna :) i udalo mi sie w ciagu tych kilku dni skonczyc wiekszosc opakowan kremow, szlajajacych sie po szafkach.

      I tu pochwalic musze absolutnego faworyta, zaraz obok Toleraine (no, ale Toleraine bylo do przewidzenia). Biotherm Nutrisource, ktore wydawalo mi sie zbyt geste i tresciwe, w tym wypadku doslownie uratowalo mi skore. Ono JEST i geste, i tresciwe, a do tego pachnie oblednie, kadzidlano. Naklada sie swietnie, i sprawia zaskakujace wrazenie lekkiego. Nie podraznia, skora nie szczypala, nie palila, nie lkala o nawilzenie - a reagowala tak na kazdy inny krem. Rich balm, jak twierdzi producent. A ja moge sie podpisac.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2007 16:26
  • poniedziałek, 24 września 2007
    • Perfumowane balsamy do ciała

      Perfumowane balsamy do ciała są wynalazkiem, co do którego wciąż nie jestem przekonana. Jasne, fajnie jest burżujsko dokupić sobie za jedyną 100-kę (lub 100-kę z +) mazidło, ale czy na pewno zdziała ono cuda? Balsamy z linii zapachowych zwykle nie mają wielu składników aktywnych - ale czy mają je zwykłe balsamy do ciała, reklamujące się jako cudowne? Głównym celem stosowania balsamów jest, wbrew temu, co próbują nam wmówić producenci, uszczelnienie warstwy lipidowej naskórka, a przez to zapobieganie ucieczce wody ze skóry. I to perfumowane robią równie dobrze, jak każde inne... Pozostaje jednak we mnie pewien niedosyt i poczucie (choć wiem, że bzdurne), że być moze jednak nie czynią tego aż tak dobrze, jak zwykłe balsamy.
      Nie wiem, jak cała reszta, ja perfumowce przechowuję najczęściej do przeterminowania - oszczędzam je na specjalne okazje, wieczorne wyjścia, kolacje i inne takie. Tym razem miałam na stanie trzy:

      Roma Laura Biagiotti - rany, jak one mocno pachną! I jak przyjemnie są ciężkie. Ogólnie na plus. Choć zapach dawno wycofany, i teoretycznie powinnam opakowanie wyrzucić, po ostrożnym teście okazały się dobre. Zostawione w mieszkaniu przez któregoś z gości, byłą dziewczynę PanMęża* lub szwagierkę. Nikt się nie przyznał, w końcu przejęłam je ja.

       

      Roma laura Biagiotti

      *w porównaniu z anonimową parą damskich stringów, przechowywaną przez PanMęża w szufladzie z gatkami, nie jest to straszliwa tragedia.

      Elizabeth Arden Green Tea - dostane w prezencie. Nienawidzę trawiastych, świeżych, zielonych zapachów, zatrzymałam go ze zwykłego skąpstwa, oraz wiedziona płonną nadzieją, że lekkie zapachy nie będą kolidować z alergią na perfumy PanMęża. Kolidowały, a jakże. Z czego wniosek, że albo Ardenka nie jest taka lekka, albo alergia jest całkowita na wszelkie perfumy. Albo oba. W każdym razie, apeluję: nie kupujcie swoim przyjaciółkom wyprzedażowych balsamów do ciała i żeli pod prysznic o nutach skrajnie odmiennych od preferowanych, szczególnie, jeżeli na ich opakowaniu stopi "not for individual sale". I jeżeli zamierzacie im opowiedzieć, że trafiliście na targowisku na pana sprzedającego spady z ciężarówek i wyprzedażowe kosmetyki za jedyne 2 euro sztuka. Ja się poczułam zlekceważona. Aha, zapomniałabym: jeżeli ktoś lubi te perfumy (można je ostatnimi czasy kupić za grosze), balsam jest świetny na lato, bo bardzo szybko się wchłania i nie lepi - jeden z lżejszych mi znanych.

       

      Perfumowane balsamy do ciała są wynalazkiem, co do którego wciąż nie jestem przekonana. Jasne, fajnie jest burżujsko dokupić sobie za jedyną 100-kę (lub 100-kę z +) mazidło, ale czy na pewno zdziała ono cuda? Balsamy z linii zapachowych zwykle nie mają wielu składników aktywnych - ale czy mają je zwykłe balsamy do ciała, reklamujące się jako cudowne? Głównym celem stosowania balsamów jest, wbrew temu, co próbują nam wmówić producenci, uszczelnienie warstwy lipidowej naskórka, a przez to zapobieganie ucieczce wody ze skóry. I to perfumowane robią równie dobrze, jak każde inne... Pozostaje jednak we mnie pewien niedosyt i poczucie (choć wiem, że bzdurne), że być moze jednak nie czynią tego aż tak dobrze, jak zwykłe balsamy. Nie wiem, jak cała reszta, ja perfumowce przechowuję najczęściej do przeterminowania - oszczędzam je na specjalne okazje, wieczorne wyjścia, kolacje i inne takie. Tym razem miałam na stanie trzy:  Roma Laura Biagiotti - rany, jak one mocno pachną! I jak przyjemnie są ciężkie. Ogólnie na plus. Zostawione w mieszkaniu przez któregoś z gości, byłą dziewczynę PanMęża* lub szwagierkę. Nikt się nie przyznał, w końcu przejęłam je ja.  *w porównaniu z anonimową parą damskich stringów, przechowywaną przez PanMęża w szufladzie z gatkami, nie jest to straszliwa tragedia.  Elizabeth Arden Green Tea - dostane w prezencie. Nienawidzę trawiastych, świeżych, zielonych zapachów, zatrzymałam go ze zwykłego skąpstwa, oraz wiedziona płonną nadzieją, że lekkie zapachy nie będą kolidować z alergią na perfumy PanMęża. Kolidowały, a jakże. Z czego wniosek, że albo Ardenka nie jest taka lekka, albo alergia jest całkowita na wszelkie perfumy. Albo oba. W każdym razie, apeluję: nie kupujcie swoim przyjaciółkom wyprzedażowych balsamów do ciała i żeli pod prysznic o nutach skrajnie odmiennych od preferowanych, szczególnie, jeżeli na ich opakowaniu stopi "not for individual sale". I jeżeli zamierzacie im opowiedzieć, że trafiliście na targowisku na pana sprzedającego spady z ciężarówek i wyprzedażowe kosmetyki za jedyne 2 euro sztuka. Ja się poczułam zlekceważona. Aha, zapomniałabym: jeżeli ktoś lubi te perfumy (można je ostatnimi czasy kupić za grosze), balsam jest świetny na lato, bo bardzo szybko się wchłania i nie lepi - jeden z lżejszych mi znanych.     Elizabeth Arden Green Tea

       

      Burberry Perfume by Burberry - faworyt, mocny zapach, dobrze odżywianie, wydajny. Ciekawa propozycja pielęgnacyjna, nie tylko zapachowa. W składzie ma mnóstwo parafiny, nic dziwnego. Ulubiony zpach byłego, więc na pewno już do niego nie wrócimy, szczególnie, że zapasy perfum się właśnie upłynniły. Kupiony w zestawie z wodą - w NL większość zapachów można kupić w kofretach, i często w niższej cenie, niż bez (promocje, oferty itp).  

      Burberry Perfume by Burberry, 6.6 oz Perfumed Body Lotion, women 	 Burberry Perfume by Burberry, Perfumed Body Lotion

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Perfumowane balsamy do ciała”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2007 18:35
  • poniedziałek, 20 sierpnia 2007
    • Swedish Herbs Conditioners

      Forte Sweden to podobno szwedzka firma, obecna w Polsce od 1989 roku. Zainteresowałam się ich pochodzeniem, bo na opakowaniach adres jest polski, i chciałam ustalić, czy to kolejny polski producent, który uznał, że zagramaniczna nazwa lepiej brzmi marketingowo. Ale nie, tutaj to prawdziwi Szwedzi, przynajmniej teoretycznie.

      Nie wiem sama, co o tej marce myśleć. Co prawda na stronie chwalą się, że są obecni, poza rynkiem wschodnim (i mam tu na myśli bardzo wschodni), także na zachodzie, na przykład w Holandii. Owszem, obecni są, w najtańszej sieci Aldi, która tutaj ma duuużo gorszy status niż w Niemczech. Do holenderskiego Aldiego wchodzi się zasłaniając twarz parasolem, albo, chcąc być kontrowersyjnym, opowiada znajomym o zakupach tam jak o egzotycznej przygodzie, relacjonując niskie ceny i upolowane okazje.

      swedish herbs conditioner odżywka

      Ale do rzeczy. Mam aktualnie na stanie trzy odżywki do włosów z Forte Sweden: Arctic Berries. I jedno, co mogę stwierdzić na pewno, to to, że dokupuję kolejne innych firm, a te stoją, stoją, stoją... W zasadzie skład dobry - ziółka i inne wyciągi na 5-tym miejscu w każdej z nich. Teoretycznie formuły przemyślane: choć do połowy składy tej do włosów przetłuszczających się i tej do poddawanych zabiegom fryzjerskim są takie same, po połowie zmiany, na przykład obecność gliceryny, która mogłaby tłuste włosy za bardzo obciążać, a w farbowanych i po trwałej nawilży. Składy są stosunkowo proste, co też jest zaletą. Zapachy mocne, długo się utrzymują na włosach - szkoda, bo nie są zbyt udane. Konsystencje tragicznie rzadkie. I co? I nic. Mam wrażenie, że nie oddziaływują na włosy. Owszem, ułatwiają rozczesywanie (choć też niespecjalnie), i to na tyle. Nie obciażają, to fakt. Aha, i co najdziwniejsze, wszystkie trzy: do suchych włsoów, do przetłuszczających się i do farbowanych - w działaniu na włosach nie dają znacznych różnic. Gdybym ściągnęła z nich naklejki, nie udało by mi się zgadnąć, która jest która. Moglo być dobrze. Ale - nie jest...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 sierpnia 2007 22:35
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2007
    • O gadżeciarstwie i chusteczkach do demakijażu

      Muszę się przyznać do słabości: jestem straszliwym kolekcjonerem gadżetów. Wystarczy oferta, w której za kupienie 20 kg proszku do prania można dostać wisiorek czy zimową uszatkę, i koniec, przepadło, biegnę do kasy z 20 kg proszku, choć używam głównie płynów. Na swoje nieszczęście miszkam w Holandii, gdzie każdy sklep ma program lojalnościowy, a ilość promocji na miesiąc przekracza prawdopodobnie ilość akcji tego typu w Polsce w skali roku. Tumaczę sobie, że nie ja jedna, że nawet Nobla przyznają za wyjaśnienie mechanizmów dzięki którym przeciętny konsument sięga na tę a nie inną półkę, i że Holendrzy też uwielbiają promocje. Małż dodaje złośliwie, że owszem, ale jak przekroczą sześćdziesiątkę.

      Firmy takie, jak YR, mają we mnie wiernego kilenta. Nie, żebym lubiła ich produkty - kolorówkę mają beznadziejną, moje ulubione perfumy, Natue Millenaire, wstrzymali, kremów mam multum innych. Cóż więc pozostaje, poza dwa razy przepłacanym, nienajlepszymi wacikami, by dostać termofor na butelkę, plażową piłkę vel torbę, czy visiorek? (przegląd ostatnich trzech ofert, mających zwabić mnie do salonu)? Jak dla mnie, chusteczki do demakijażu. Występują w dwóch wariantach, do cery dojrzałej (Serum Vegetal) i normalnej (Pure Calmille). Składy są zupełnie różne! Serum Vegetal jest dwa razy droższy, i na drugim miejscu, zaraz za wodą, ma lentinus edodes, czyli po naszemu grzyby Shiitake.

      Pure Calmille chusteczki do demakijażuNie wiem, na ile ma to znaczenie - w końcu jest to produkt do demakijażu, a więc jego ewentualne właściwości pielęgnacyjne są drugorżedne; nie wiem też, cóż takiego mają w sobie Shiitake. W działaniu obydwa typy chusteczek są identyczne, więc, o ile nie zależy nam na uczuciu bycia egzotyczną pizzą, myslę, że spokojnie można kupić te o połowe tańsze.

      Chusteczki są naprawdę ok, zmywają wszystko, łącznie z makijażem oczu, nie zapychają porów i nie podrażniają. Obie wersje zachowują się mniej więcej tak samo. Są idealne przy uprawianiu sportów i potrzebie szybkiego demakijażu przed - w innym wypadku z w ciągu rozgrzewki mam w ustach całość tapety, która malowniczo spływa wraz z potem. Nadają się też, o ile smarujemy buzię filtrem matowionym mąką, a mieszkamy w krainie deczczowców, czyli średnio raz w tygodniu łapie nas deszcz, przerabiając precyzyjny makijaż w ciasto. Co prawda, opakowanie nie trzymają (szczególnie w tych tańszych) i naklejka trzymająca nie trzyma nawet się, ale można temu zaradzić wkładając do torebki strunowej. Wiem, L'oreal i Garnier pewnie by trzymały. Ale, proszę Państwa, jakoś muszę odbierać moje gratisy od YR.

      YR Serum Vegetal chusteczki do demakijażu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2007 22:26
  • poniedziałek, 06 sierpnia 2007
    • Biust w wersji Clarinsa

      Kremy do biustu. Do tej pory nie wiem, czy jest sens je używać. Na chłopski rozum, zupełnie powinien wystarczyć jakiś retinoid i ewentualnie zwykły krem do twarzy czy balsam. Oraz masaże, bo to one mają tu kluczową rolę. I naprzemienny ciepło-zimny prysznic - podobno cudotwórczy.

      Tyle rozsądku. Lęk przed totalnym zwisem, wprost proporcjonalny do krzyżyków na karku, włącza mi w drogerii automatycznego pilota na kremy do biustu. Nie, żeby ten sam lęk zmusił mnie w końcu do stosowania zimnych natrysków, co to, to nie. Eh, niekonsekwencji...

      Do rzeczy: Clarins Body Firming Cream

       

      clarins bory firming cream biust

      http://int.clarins.com/main.cfm?prodID=60

      Nie chce mi się tu przepisywać ulotki, na której stoi elegia na temat ujędrniania itp; m. in. krem (a właściwie silicum) ma stymulować produkcję kolagenu i elastyny, nie tylko biustu, ale też wszelkich innych cześci ciała, które mogą wymagać "wsparcia". Clarins generalnie nie jest moim faworytem: te wszystkie 6% ekstrakty z roślin tak naprawdę nie są w składach w jakichś straszliwych ilosciach (z pewnymi wyjątkami). Ten krem też jest niestety taki sobie. Rzeczywiście, szybko się wchłania, ładnie pachnie, i to by było na tyle. Otworzyłam, użyłam, zużyłam. Wpływu na biust nie odnotowałam. Ogólnie - spokojnie można kupić tańszy. Clarins ma też podobno dwa preparaty specjalnie na biust (u mnie ich nie mieli), ale ja już się chyba nie skuszę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 sierpnia 2007 12:01
  • niedziela, 05 sierpnia 2007
    • Sans Soucis

      Sans Soucis kupiłam w gabinecie najlepszej kosmetyczkki, u jakiej byłam, mojej serdecznej przyjaciółki Oli. Olu, do tej pory cierpię, że nie uprawiasz czynnie zawodu! I choć Ola była kosmetyczką idealną, ten kosmetyk nie dorósł moim oczekiwaniom do pięt. Zresztą, mea culpa, w czasie zabiegu Olencja namawiała na Avenę, popularną i cenioną. Ja jednak się uparłam, cena ta sama, raz kozie śmierć. Chciałam wypróbować nieznaną markę. Wypróbowałam, i już nic od nich nie kupię.

      Maseczka (Fresh Beauty Moisture Mask for all skin types) miała być żelowa i nawilżająca. Zgadnijcie, który z tych warunków spełniała. Używałam jej w domu, na kanapie, pod prysznicem, w saunie, po sunie, w hamamie, licząc, że któreś z tych warunków klimatycznych w końcu aktywują moje utopione 70 zeta do działania. Nic z tego, maseczka pozostała głucha na starania. Nakładałam żel na twarz, zmywałam, odnotowywałam ściągniecie cery, amen.

      A powinnam dokładnie przecztać polską naklejkę na opakowaniu: choć maska nazywa się nawilżająca, litościwy tłumacz, czy też tłumaczka, nie zająkuje się nawet słowem na ten temat, obiecując tylko natychmiastowe odświeżenie (no jasne, maseczkę trzeba zmyć wodą), gładkość i delikatność, nawet dla suchej skóry. Z jednym tylko z owej informacji się nie zgodzę: oznaki stresu nie znikają, a wręcz przeciwnie, w moim wypadku odnotowano znaczne nasilenie. Nazywając rzecz po imieniu, po każdej aplikacji trafiał mnie szlag. Sans Soucis maseczka nawilżająca

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 sierpnia 2007 10:06
  • piątek, 03 sierpnia 2007
    • Zmywacze i metody

      Jasne, że człowiek chciałby chodzić regularnie na manicure. Chcieć nie zawsze oznacza móc, większość z nas dba o łapki w domu. I tu pojawia się kwestia zmywaczy. Z pewną taką nieufnością przeczytałam, jak Guru (znane reszcie świata jako Paula Begoun) pisze:

       http://www.cosmeticscop.com/learn/pf.asp?ID=77

      że naprawdę nie ma znaczenia, czy zmywacz do paznokci ma aceton, czy nie, czy uzbrojony jest w te wszystkie bajery, które mają pomóc płytce w regeneracji, czy jest najtańszym, śmierdzącym, supermarketowym wynalazkiem, przy którym mąż otwiera okno głośno wzdychając (w najlepszym razie). Jak to, a więc 2 zł z kiosku = 30 zł od Rimmla czy innego YR?

       

      Rimmel zmywacz paznokci

      Pauli wierzę może nie bezgranicznie, ale zdecydowanie jest autorytetem. Jednak zmywacz Rimmla z odżywczymi składnikami w sposób wyraźny służy moim paznokciom bardziej - mniej je wysusza, jest łagodniejszy. Zastanawiam się, na ile to autosugestia... Pamiętacie zmywacz w szklanej buteleczce z kiosku ruchu? Z plastikowym korkiem? Kilka razy wylał mi się w bagażu... Chociażby dlatego warto czasem zainwestować w droższy produkt - jeżeli nie paznokcie, przynajmniej ubrania mniej ucierpią.

      Sama wiem jedno: znaczenie ma sposób, w jaki zmywamy paznokcie. Po latach tarcia i pocierania Ania, moja była współlokatorka, wprowadziła mnie w tajniki sztuki prostej jak budowa cepa: na paznokciu kładzie się wacik, w międzyczasie oglądaTV/ błądzi w sieci/ plotkuje, po minucie ściąga lakier jednym gestem. Metoda b. wskazana także przy demakijażu oczu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 03 sierpnia 2007 22:34
  • środa, 01 sierpnia 2007
    • CCB

      Sposób, w jaki działają wielkie koncerny kosmetyczne, jest przykładem na koronkową wręcz robotę wielkiej sieci, omotującej konsumenta z przerażającą precyzją. Przykładem jest tu L'oreal. Owszem, koncern wchłaniał najróżniejsze marki, a nie tworzył je od podstaw; co nie zmienia faktu, że jako L'oreal jest dostępny w supermarketach, jako La Roche Posay - w aptece, jako Lancome - w ekskluzywnych perfumeriach, żeby wymienić tylko kilka. Spece z L'oreala wpadli także na to, że część kobiet ceni sobie możliwość dokonania zakupów w zaciszu domu (a najczęściej, nie oszukujmy się, daje się zwabić ofertom i gratisom). I tak, istnieje pododdział L'oreala sprzedaży wysyłkowej: CCB, Centre des Createurs de Beaute (http://www.ccbparis.com/). Operuje głównie w krajach Beneluxu, choć niestety, od paru miesięcy już nie w Holandii. Nie prowadzi agresywnych kampanii reklamowych, właściwie mało kto o nim słyszał. Jak każda firma wysyłkowa, CCB stara się kusić i utrzymac klientki przemyślanymi kampaniami i ofertami (aż się boję myśleć, jaka psychologiczna mrówcza praca za tym stoi). Są, skubańcy, skuteczni: zwykle co nowa oferta, coś od nich zamawiałam.

      A zamawiać warto, bo w serii Cosmence mają te same produkty, co na przykład La Roche Posay, ale taniej. Na przykład Mission Perfection to dość dokładna kopia Effaclara z kwasami (mam jeszcze resztki obydwu w tubkach, i naprawdę, niczym się nie różnią - z tego, co mnie pamięć nie myli, porównywane były też na śp Biochemii, z podobnym efektem); filtry (na przykład Anthelios Fluide) odpowiadają sobie poza dodanym  w CCB zapachem. Seria ma też kosmetyki właściwe tylko dla siebie - jeden z moich dawnych faworytów to Incredible Touch Huile d'Abricot Skin Moisturizer - pamiętacie brzoskiwniowy krem Avonu?cosmence krem brzoskwiniowy

      Taki w większym słoiczku? W swoim czasie był bardzo popularny, to zresztą chyba jeden z pierwszych kremów, jakich używałam. Avon nie był najlepszy, jedyną zaletą używtkowania był jego zapach - był tak smakowity, że miałam go ochotę wyjadać ze słoiczka. Cosmence to taka szlachetniejsza wersja tego kremiku, równie silnie pachnąca, o zbliżonej konsystencji. W ramach podróży stentymelnatnej - warto.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 01 sierpnia 2007 23:20
  • wtorek, 31 lipca 2007
    • Eva Natura

      Chyba jednym znajczęściej przywożonych z zagranicy produktów kosmetycznych niedostępnych w kraju są masła do ciała Body Shop - Body Butter. Tak by przynajmniej wynikało z mojej prywatnej statystyki i rozeznania w forach internetowych. O Body Shop i dlaczego tam nie chodzę będzie później. Dziś o krajowym odpowiedniku, na który trafiłam zupełnym przypadkiem (podesłane przez samą firmę, kiedy jeszcze pracowałam w branży - gorące pozdrowienia dla Pana Piotra). Ladies and Gentelman, Balsamy do ciała Polleny Evy.

      Pollena Eva to polska firma z tradycjami i rzeszą wiernych fanek, której sukces marketingowy skutecznie blokują dziwne decyzje zarządzających. Wycofywanie najbardziej popularnych kremów, na przykład uwielbianego z lnem pod oczy, niech posłuży za przykład. W siedzibie firmy, w dość ekskluzywnym sklepie firmowym w Łodzi, można zobaczyć zakutane w chusty babinki z okolicznych Bałut kupujące mydło i szampon na litry. Ot, folklor - zresztą moja Ś.P. Prababcia używała szamponu rumiankowego tylko z Evy.

      Pollena Eva

      Otóż Eva wypuściła w zeszłym roku serię balsamów do ciała. Nie dajcie się zwieść nieprofesjonalnie zaprojektowanym naklejkom! Balsam ujędrniający waniliowe masło to najlepszy odpowiednki Boddy Butters, jaki zdażyło mi się mieć. No, i kosztuje grosze. Balsam bardzo, bardzo intensywnie pachnie, jest gęsty jak prawdziwe masło - ciężko go wycisnąć z butelki, ja rozciełąm swoją i przełożyłam zawartość do wyparzopnego słoiczka - otula skórę jak masła i jak masła odżywia. Świetny kosmetyk!

      Pozostałe z serii - na przykład czekoladowy budyń w teorii do każdego rodzaju skóry, jest duuużo rzadszy i przez to mniej fajny, bo nie ma w sobie niczego z masła. Ale pachnie czkeoladowym budyniem bardzo wiernie, mam wrażenie, że dodatkowe 3 kg zawdzięczam właśnie jemu. Peelingi pod prysznic za to są bardzo gęste i kremowe, ale słabo peelingują.

      Ogólnie - kolejna polska firma, której chociażby jeden produkt nie ustępuje zagramanicznemu, droższemu prawie 10 razy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 lipca 2007 13:40
  • sobota, 19 maja 2007
    • niedoszłe meteoryty

      Miejsce akcji: lotnisko w Stambule. Cel akcji: nabycie meteorytów Guerlaina w wersji pudru prasowanego.Météorites

      Zdaża Wam się narzekać na obsługę sklepów? Szczególnie drogerii? Mnie tak, i to bardzo często. Generalnie uważam, że w polskich perfumeriach, w porównaniu z holenderskimi, stan rzeczy jest bardzo na plusie. Holenderskie sprzedawczynie kosmetyków to temat na osobny wątek (moja ulubiona historia o kremie, który zmienia DNA skóry). Ja jakby rozumiem, że nie każda kobieta fascynuje się kosmetykami i nie musi o nich wsyzstkiego wiedzieć, ale jest pewien poziom, poniżej którego schodzić nie wypada, spędzając 40 godzin w tygodniu pomiędzy półkami wypełnionymi wszelakim dobrem.

      Otóż zachciało mi się kupić puder Gurelaina (tak tak, never ending story pt. ja i wieczne poszukiwanie pudru w kamieniu). Jest koszmarnie po prostu drogi, ale, w końcu raz się żyje. Prasowane meteoryty mają tylko jeden kolor, który ma się nadawać do każdej cery, a każdy z jego segmentów kolorystycznych ma korygować inne błędy w wyglądzie cery. Najwyraźniej moim głównym błędem nie jest trądzik, ale trupi odcień cery. Wnioskuję tak na zasadzie prostych przeciwieństw, gdyż ów puder nałożony na moją paszczę nadał mi piękny, różowy odcień. Wręcz połyskującej różowości, co z zasadzie zgadzało by się z opisem - miał nadać nieprawdopodobny błysk, i, kurka, nadał. Nieziemski rzekłabym, a co, niech ma.

      Ponieważ jednak ściskałam w drżących dłoniach gotówkę przeznaczoną na ów cud natury, a na sam zakup nastawiałam się już z dobry tydzień, poprosiłam panią asystentkę, która właśnie zakończyła bieganie za niższymi stażem koleżankami po całej wolnocłówce w celu znalezienia dla mnie pędzla, o opinię. Zresztą, jako, że trzy dziewoje zostały zaangażowane do znalezienia dla mnie pędzla, i właśnie stały nade mną, głupio mi było tak po prostu odejść. Wywiązał się więc następujący dialog:

      -Hmm, coś za różowo mi to wygląda. To jedyny kolor, tak? - zapytałam, próbując wybrnąć z sytuacji i wyobrażając sobie minę mojego, kiedy wyłonię się ze sklepu w różowym obłoczku.

      -Za różowo, bo pewnie ma go pani za dużo na twarzy. Na pewno nałożyła pani za dużo. To jest, proszę pani, idealny puder. Opakowanie pokryte iluś-tam-karatowym-złotem, kosmetyk luksusowy...

      -Tak, oczywiście, ale nie ma go w różnych wersjach kolorystycznych, prawda? - zapytałam, no bo co, kurka, miałam powiedzieć? Że, jak mam ochotę na złoto, to mogę sobie kupić kolczyki, a nie puderniczkę z nienadającą się do użycia zawartością?

      -W różnych wersjach są tradycyjne meteoryty - miałam ochotę powiedzieć, że widzę, bo są o 20 cm ode mnie. Zamiast tego podjęłam walkę, czując, że trafiam na betonową ścianę.

      -Tak, ale ja chcę coś do torebki, a normalne meteoryty są w kartonie...

      -Co pani opowiada, to nie jest karton! - powiedziała ekspedientka, wyciagając z opakowania znaną mi tekturkę. Ja nadal smętnie patrzyłam na swoją uróżowioną twarz.

      -To puder do każdej cery - powiedziała coraz bardziej poirytowana ekspedientka - jego poszczególne składniki zostały tak opracowane, żeby niwelowac poszczególne problemy - ugryzłam się w język, żeby nie zapytać, co z cerami bezproblemowymi, albo takimi, które akurat dany problem mają już rozwiązany - cały sztab specjalistów pracował nad formułą..

      -Tak, ale widzi pani, że jest różowy? - zapytałam z rezygnacją.

      -Proszę pani, ten puder powstał przed 70 laty, to sztandarowy produkt Guerlaina! - padło z wyraźną obrazą w głosie. Z tego, co mi wiadomo, Guerlain produkuje Meteoryty (te tradycyjne) od '87 roku. Czyli 20 lat jak w pysk strzelił. A wersja prasowana powstała jako "torebkowa" opcja owego hitu, czyli musi dobrych kilka lat później.

      No coż. O ile właściwie przeprowadzona kampania (w tym świetle pani tak wygląda, bo to jarzeniówki, w dziennym będzie lepiej, ten róż panią odświeża, COKOLWIEK poza atakiem) prawdopodobnie spowodowała by moje rozstanie się z kasą. Natrętny atak przekonujący, że to ze mną jest coś nie tak - położył sprawę. Hlip.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „niedoszłe meteoryty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2007 20:22
  • środa, 18 kwietnia 2007
    • Flos Lek, Ideal Skin Acne

      Moja polityka zakupów kosmetykowych zakłada nabywanie w ramach tychże polskich produktów i górnopółkowych produków. CO do górnej półki, mam pełną, zyskaną dzięki Basi i Biochemi, świadomość jej ułudnej skuteczności, alepróżność, próżność i pożądanie rzeczy doczesnych, no niestety, wygrywają z rozsądkiem.
      Z polskimi sytuacja jest bardziej skomplikowana. Mam teorię, że polskie kosmetyki, robione dla naszej cery i na naszych składnikach (to ostatnie, przy prawach rynku, mało prawdopodobne, ale oszukujmy się nadal), są świetne i cenowo też wypadają na duży plus. No, a poza tym jakoś mi lepiej wiedząc, ze wspieram bądź co bądź lokalnego proucenta, niż taki, dajmy na to, L'oreal (który i tak zarabia na mnie kocie w wypadku owej górnej półki).
      Przykład: Flos Lek, Ideal Skin Acne
      Ideal Skin
      Powiem tak: jest dobrze. W składzie wyciąg z drożdży - wszyscy wiemy, jak ważne są dla cery trądzikowej. Squalane, kilka innych wyciągów ziołowych i cynk. A wszystko to nie podane na informacji producenta (dlaczegóż się nie chwali?) ale jest jak byk na liście składników. Może nie najwyżej, ale jednak bliżej początku niż końca listy. Zasadniczo miła jest taka "sytuacja odwrotna": zwykle producent obiecuje cuda wianki (jak Avon, nie przymierzając), po czym rzut oka na skład ujawnia zaskakujacy brak pokrycia obietnic w rzeczywistości. Tu jest odwrotnie - nikt niczego nie obiecuje, a skład jest.
      Krem jest lekki, pachnie aptecznie, i matuje jak szatan. Z zasady jestem przeciwna kremom matującym, bo wiadomo, zamknięte koło (matowanie -> następująca reakcja obronna cery -> większe wydzielanie sebum -> więcej matowania), ale w tym wypadku przetestowałam na sobie całą tubkę (w dni pracy w domu, kiedy nie smaruję się filtrem), i efekt b. pozytywny. Działanie na cerę takoż.
      Trzeba się będzie firmie przyjżeć dokładniej, cóż jeszcze za perełki mają w ofercie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 18 kwietnia 2007 13:24
  • wtorek, 17 kwietnia 2007
    • Hair Bazaar Studio

      Czy muszę pisać, że jako maniak kosmetykowy i hednoista, jestem uzależniona od gabinetów kosmetycznych? I że - oczywizta - nie znalazłam idealnego miejsca? I że poszukiwania tegoż rujnują mi zdrowie (nerwy), cerę (brak komentarza) i kieszeń? No, nieco przyjemności też w tym mam, ale... No właśnie, ale.

      W grudniu byłam już święcie przekonana, że w końcu znalazłam "swój" gabinet. Thalgo w Hair Bazaar Studio (http://www.hbs.pl) na Krysiewicza 5 w Poznaniu. Bardzo ładny wystrój (mój Ukochany nie może wyjść z podziwu, jak można oceniać restauracje czy salony usługowe na podstawie dekoracji), obsługa super miła. Świetnie zorganizowana poczekalnia - kanapki, stoliczki, aktualna prasa, natychmiast wjeżdżająca kawa (wiem, to niby jest standard, ale często jakoś ten upragniony napój się nie pojawia) z czekoladką. Na ścianach foto Różnych-Wielkich-Polaków, coby się człowiek światowo poczuł i choć przez tych kilka minut podświadomie zaliczył do elyty. Aż mi, ekhm ekhm, szkoda było, kiedy pojawiła się kosmetyczka. Choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, dała mi ekstra pół godziny na pławienie się w luksusie poczekalni - gabinet miał spore opóźnienie. Może ja jestem jakaś dziwna, ale, jeżeli zabieg spóźnia się o tyle czasu, chcę coś w zamian - szczególnie, że pół godzinna obsuwa w dniu takim jak tamten (wyjeżdżałam do domu, jedyny tysiąc km, parę godzin później) radośnie wpycha mnie w niedoczas. Tu jednak było inaczej, najwyraźniej za kuksus czekania przyszło mi dopłacać...

      Do rzeczy. Mimo wszystko byłam nastawiona bardzo pozytywnie. Kosmetyczka miła, nie za mądra i nie do końca w kwestii teorii wiedząca, co i jak (pierwszy chyba raz, poza osiedlowymi salonami, miałam kogoś, kto nie wiedział, co zacz retinoidy), ale rewelacyjna w praktyce. Zabieg wykonany super prawidłowo, delikatnie, prawie zasnęłam. Prawie, bo w trakcie, kiedy leżałam pod algami, kosmetyczka wyszła, za to pojawiły się jakieś nowe osoby - ktoś po coś wpadł, wypadł, itp. Ja wiem, na pewno ktoś z personelu, ale, jak się leży z centymetrem glonów na paszczy, i bez górnej części przyodziewku, jakoś wizyty niezidentyfikowanych obcych nie nastrajają. Nic to, nadal jestem zadowolona. Czuję się nawet dopieszczona - choć pani odmówiła wykonania masażu, o który dopraszałam się jeszcze rezerwując termin (przy mojej cerze to podobno niewskazane), przez pięc minut masuje mi dłonie, kiedy leżę z jedną z maseczek.

      No dobrze, dlaczego więc nie jestem zadowolona, dlaczego tam już nie wrócę i dlaczego wieszam na nich przysłowiowe psy? Bo doliczyli mi nadprogramowe 10 zł do ceny. Nie chodzi o pieniądze, ale o sam fakt - sorry, ale jak już się gdzieś wybieram, umawiam na cenę, potwierdzam tęże wchodząc i się meldując w recepcj, a przychodzi mi płacić więcej, to moje zaufanie do miejsca spada na łeb, na szyję. Nie wiem, czy tylko ja mam gdzieś w podświadomosci zapisany lęk przed niemożnością zapłacenia za usługę - dajmy na to, przestaje mi działać karta, czy okazuje się, że zgubiłam portfel itp, a włosy już obcięte i co robić, co robić? Byłam już w takiej sytuacji (zagraniczna karta nie chciała "iść" w salonie w PL), i najadłam się wstydu co niemiara, choć obsługa podeszła z wielkim zrozumieniem, i nawet nie przyjęli dokumentów, kiedy leciałam do bankomatu (dzięki Bogu, zadziałał). Może to przez to, jak idę do gabinetu/salonu/fryzjera, chcę wiedzieć na prewno, ile zapłacę, żeby uniknąć niespodzianek.

      Próbowałam ustalić z recepcjonistką, dlaczego ze 120 zrobiło się 130 zł, w odpowiedzi usłyszałam, że taką cenę podała przed chwilą kosmetyczka. Po wysłuchaniu moich wątpliwości i rozłożeniu ramion ("naprawdę nie wiem, dlaczego tak panią policzyła") dziewczę z recepcji wymumblało coś o tym, że jeżeli chcę, mogę poczekać, kosmetyczka co prawda właśnie zaczęła zabieg i nie wiadomo, kiedy będzie wolna, niemniej, jak mam życzenie... Niedoczas rósł, moje umówione kolejne spotkanie stało pod wielkim znakiem zapytania, odpuściłam. Żałuję? Nie. Po prostu tam już nie wrócę, nie chcę, żeby przy następnej okazji poleciało mi nadprogramowe, dajmy na to, 50 zł, których akurat mogę nie mieć przy sobie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2007 19:25
  • niedziela, 15 kwietnia 2007
    • YR Arnica Essentiel 2in1

      Kremy do rąk to moja słabość. Zawsze, jako osoba nieprawdopowobie leniwa, mam kilka: w kolejnych torebkach, koło łóźka, przy komputerze. Problem pojawia się wtedy, kiedy żaden z nich nie działa tak, jak powinien.

      Do pewnego momentu wydawało mi się, że nadużywanie kremów do rąk, jak to praktykowane przeze mnie, nie ma żadnego sensu. Oczywiście, nadal pieczołowicie smarowałam łapy, ale bardziej już w odruchu niż z wiarą. Aż spotkałam już wtedy byłego pełniącego-obowiązki-męża, który (jeszcze wtedy byliśmy w komitywie) skomentował wygląd moich dłoni. Otóż po wyprowadzce ze wspólnego domu uznałam, że, w ramach walki z nabytymi zwyczajami, na pierwszy ogień pójdą kremy do rąk i najnormalniej sobie je odpuściłam. Oczywiście, trzeba być mną, żeby zamiat poważniejszych rzeczy skupić się na takiej... Anyway. Były, który był głuchy i ślepy na zmiany, tę jedną zauważył. Wróciłam do kremów, po jakimś czasie znów obsesyjnie. I, jaksię okazuje, dobrze. Nie wierzę w cuda i wianki, oraz inne wyciągi ze ślimaków argentyńskich, ale główną cechą kremów jest to, że uszczelniają naskórek, nie pozwalając wilgoci uciekać ze skóry. Ręce, moczone w etergenatch i co i rusz traktowane wysuszającym mydłem, a do tego narażone na promienie słoneczne i o dość cienkiej skórze, chyba najbardziej z wszystkich cześci ciała docenią krem. Po prostu nawilżający krem.

      Wszystko to przypomniało mi się, kiedy właśnie poszukiwałam po domu czegokolwiek do nasmarowania łap. Jedyne, co było w zasięgu mojego lenistwa (laptop i okoliczne kanapy) to Arnica YR, kiedyś moja ulubiona seria. Do czasu. Tego kremu nie się używać. W składzie, gdzieś w połowie, ma talk, i zastanawiam się, czy to nie to paskudztwo tak mi wysusza ręce. Jasne, powoduje on zapewne, że kem szybciej się wchłania i daje aksamitne wykończenie. Tyle, że z jakiegoś powodu ów nawilżający krem nie nawilża. Nakładam, jest ok, śmierdzi niemożebnie i Ukochany narzeka, dłonie wydają się szczęśliwe, po czym po piętnastu minutach są tak suche, że zaczynam się rozglądać za tubką. Złudzenie? Takie samo wrażenie miałam kiedyś przy Avonie, i chyba właśnie tamten krem skutecznie mnie od firmy odstraszył. Po co komu nienawilżający krem do rąk? Pamiętam ze wczesnej młodości Gliceę. Chyba czas odświeżyć znajomość...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2007 19:34
    • Helena Rubinstein, Global Anti-Ageing Concentrate, the Eye Balm

      Nie mam złudzeń, że brak zmarszczek pod oczami, cieni i worów jest wynikiem kremów. Geny i tryb życia, co najwyżej, mogą wpłynąć na okolice oczu - widzę to na przykład po bliskim otoczeniu, które nie wylewa za kołnierz, i dorobiło się worów i zmarch. Generalnie akurat w mojej rodzinie nie mamy problemu z tą częścią twarzy, ale oznacza to tylko tyle, ze zmarchy atakują w innym miejscu - cóż, równowaga musi być zachowana. O oczy staram się jednak dbać, i utrzymać ten dobry stan jak najdłużej. Po urodzinach Filiz w zeszły piątek i morzu wódki, jakie dostała w prezencie, a które to morze skutecznie starałam się zminimalizować usłużnie uzupełniając własnego drinka, drinka, który, dodam, zaczął jako Baccardi z lemonkami (jednak reklama wpływa na naszą podświadomość bardzo) a skończył jako te same lemonki z wódką, otóż po tych urodzinach miałam tak podbite oczy, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to aby pora na powrót do mojego kremu wszechczasów - Helena Rubinstein, Global Anti-Ageing Concentrate, the Eye Balm.

      boska helena

      Drogie to cholerstwo strasznie, ale czyni cuda, nie ma żadnych wątpliwości. Faktycznie, to pierwszy krem pod oczy, w którym zachwiciło mnie WSZYSTKO. Nie podrażniał, choć waliłam w tym czasie na całą twarz hurtowe ilości retinu-a. Nie rozmazywał makijażu. Koił. Nawilżał. Przestałam pocierać powieki rano i wieczorem, co jest moją zmorą, bo pracuję przed ekranem, a dodatkowo chyba jedyną rzeczą, której nie robię regularnie w sieci jest sex (jem też przed komputerem, co najmniej posiłek dziennie).

      Naprawdę nie dbam o to, czy ten krem ma 5 członowy mechanizm sprzyjający mojej skórze, ani o wsystkie te cenne olejki i inne. Zwykle czytam skłądy i obietnice producenta, tym razem - nie. Wiem, że działa, że ma super kremową konsystencję (ale się wchłania), podobno efekt rewolucyjnych polyamidowych micro-włókien. Jest komfortowy i skuteczny, i, jak w każdej miłości, to wiedza mi wystarcza :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2007 12:36
  • czwartek, 29 marca 2007
    • Fryzjerzy

      Przez lata kosmetycznej manii jedynym z głównych elementów omijanych przeze mnie szerokim łukiem były zakłady fryzjerskie. Traumatyczne doświadczenia miały źródło we wczesnym dzieciństwie, kiedy to, jak większość koleżanek, postanowiłam obciąć włosy po pierwszej komunii. Pamiętacie ten szał? Nie wiem, czy to tylko moje pokolenie, w każdym razie, w modzie było dać się ostrzyc zaraz po wielkim dniu. Naiwnie uznałam, że co prawda fryzury na chłopaka nie będę sobie strzelać, ale mocno skrócić warto by było. Ponieważ moi rodzice byli bardzo lajtowi, uznali, że obcinanie dziecku włosów nie jest czynnością wymagającą specjalisty. Jedno stanęło z jednej, drugie z drugiej strony, i do dzieła. Płakałam przez tydzień. Włosy zostały wystrzyżone ponad kark (jakoś trzeba było w końcu wyrównać), z przecinką tu i tam.

      Drugie podejście miałam parę lat później. Osiedlowa fryzjerka, do której chadzała Mama, strzeliła mi identyczną fryzurę, jak jej. Już wtedy miałam obsesję długch włosów (efekt pokomunijnej traumy), ze skrócenia końcówek wyszło uciachanie ponad połowy długości. Pewnie nawet dałabym się przekonać, że tak jest ładniej, ale dodany do końcowego efektu bolesny tapir (kto tapiruje 11-letnie dziewczynki???) i nieprawdopodobnie śmierdzący lakier, którego obłok, zamiast wprawić mnie w błogi nastrój, raczej podtruł wywołały płacz i konsekwentne unikanie fryzjerów. Sytuacja zmieniła się dopiero na studiach, także z przygodami, a jakże :)

      ps lakieru do włosów nie używam do tej pory ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 marca 2007 16:31
    • Wpis bez tytułu

      Istnieją kosmetyki, bez których, co tu kryć, nie chce się żyć, no, a przynajmniej jakość takiego życia jest zdecydowanie niższa. Co, no co jest na absolutnym topie? Oczywiście, puder w kamieniu. Narzędzie samoobrony (nie, nie w sensie kamienia targanego w torebce - swoją drogą, mam ciotkę, która niegdyś, zaniepokojona ciężarem, odkryła we własnej torebce... kamień, zabrany z działki w celu usprawnienia procesu kiszenia ogórków, a następnie w tejże zapomnianego. Nie kłamię, miał objętość większą niż moje dwie pięści).

      Coś, co można włożyć do torebki i łudzić się nadzieją, że w razie Nagłego-Straszliwego-Błyszczenia da nam moment, krótszy lub dłuższy, wytchnienia. Miałam różne pudy, lepsze i gorsze. Od prawie już trzech lat jestem jednak niewolniczo przywiązana do pryzmy Givenchy - bynajmniej nie z powodu pałania do niej wielką miłością. W myśl zasady: kupiłam, skończę, targam ten badziew ze sobą kolejny sezon. Wrodzone skąpstwo nie pozwala wyrzucić czy broń Bóg oddać komus pudru (za tę cenę!), w związku z czym, w ramach kompromisu, od jakiegoś roku noszę go w torebce i wcale nie używam. Miałam już pudry jakości bazarkowej choć z logo, na przykład, Clarinsa, jednak ich zaletą było to, że dość szybko się kończyły. Pryzmy są wieczne, choć postępująca destrukcja opakowania pozwala mi żywić nadzieję, że to nasza ostatnia wiosna razem.

      No dobrze, dlaczego tak bardzo ich nie lubię? Bo kamienieją. Tak, wiem, argument nieczytelny i dość głupawy, uwzględniając, że rozmawiamy o pudrze w kamieniu. Śpieszę z wyjaśnieniami, dwie pryzmy z czterech decydują się na efektowną utratę właściwości przyczepnych z pędzlem, powlekają lśniącą powierzchnią i udają, że wszystko spoko. W związku z powyższym, na pędzelek nabiera się kolor biały i różowy. Mam bladą karnację w kierunku śnieżka (litościwie pomijam stan cery), ale nawet ja nie jestem tak jasna, żeby paćkać się bielą z różem. Tak, próbowałam reklamować. W niezmiernie wysnobowanej perfumerii, gdzie to ciudo nabyłam, pomiędzy butikiem Chanel a Armaniego, wyfiokowany Matuzalem nieco tylko starszy od mojej matki, za to wyglądający na 20 lat więcej, z kilogramem makeupu, włosami trzeszczącymi od lakieru i 13 centymetorowymi tipsami wziął w szpony mój puder, i poinformował z wyższością, że przy tlustej cerze TO SIĘ ZDARZA, po czym patyczkiem kosmetycznym zaczął ścierać skamieniałą warstwę. Nie wiem, jaki wkład w szlifowanie miały tipsy, gdyż pani wraz z moim pudrem wykonała efektowny obrót,prezentując plecy obciągnięte służbowym, granatowym mundurkiem. Na nic się zdały moje słabe protesty i uwagi, że to nic nie da. Oczywiście, po kolejnych dwóch użyciach skamienielina odrosła, nic sobie nie robiąc z wizji kolejnego kontaktu z tipsami. Na szczeście, odleciały zawiasiki od pokrywki, która aktualnie jest elementem osobnym, widzę już też pęknięcia wzdłuż kasety, więc jest szansa, że niezadługo będę mogła, polatach męki, kupić, dajmy na to, Schiseido. Drogie nie znaczy dobre. A ja powinnam się oduczyć chomikowania produktów tylko dlatego, że zapłaciłam za nie fortunę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 marca 2007 12:07
  • niedziela, 25 marca 2007
    • Wpis bez tytułu

      Będzie o rzeczach miłych i przyjemnych, a także, z punktu widzenia większości społeczeństwa - zbędnych. Jest jednak pewna grupa, która zwykła przynajmniej w części zachowywać się tak, jak niżej podpisana, czyli wydawać pieniądze na egpistycznie, hedonistcznie i próżnie pojętą rozrywkę. Jako, że pieniądz jest ciężki, i lepiej, żeby był dobrze ulokowany, powstaje ten blog. Drugim powodem jest to, że siedzenie całe dnie przy komputerze w sprawach wagi ciężkiej i lasującej mózg wymaga czasami ustrzelenia paru komórek na bzdurach. Czyli - moje subiektywne komentarze kosmetyczno - urodowe. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 marca 2007 14:18

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com