proznosc

Wpisy

  • wtorek, 24 listopada 2009
    • Polyacrylamide (poliakrylamid)

      Miałam właśnie pisać notke o moim ulubionym kremie do biustu, kiedy, po wklepaniu entuzjastycznej recenzji, zauważyłam, że ma on w składzie Polyacrylamide (poliakrylamid). Już od dawna obiecywałam sobie dokładniejsze przyjrzenie się temu składnikowi, o którym, poza tym, że jest niebezpieczny i wyklinany na biochemicznych forach, nie wiele wiedziałam.

      Zaczynając od poczatku: Poliakrylamid otrzymywany jest przez polimeryzację akryloamidu. Akrylamid zaś jest silną neurotoksyną wchłanianą przez skórę, co do której rakotwórczości naukowcy zdają się nie mieć wątpliwości (i która, niestety, powszechnie występuje w naszym pożywieniu - tutaj link do zebranych i przetłumaczonych badań). Sam poliakrylamid jest (a raczej byłby) bezpieczny, z tym, że zwykle w jego składzie zdażają się minimalne ilości akrylamidu. Skąd o tym wiemy? Ano z raportu komisji europejskiej, zaniepokojonej tak powszechnym występowaniem poliakrylamidu w kosmetykach:

      Lifelong use of cosmetic products containing polyacrylamide may represent an unacceptable high lifetime risk of cancer due to residual acrylamide in the polyacrylamide preparations. This conclusion is based on two longtime rat studies of acrylamide and on the genotoxic properties of acrylamide. In order that the lifetime use of cosmetics containing polyacrylamide should not pose a significant cancer risk the theoretical content of residual acrylamide [calculated from the amount of polyacrylamide added to the product and the content of acrylamide in the polyacrylamide used] should be <0.1 ppm in body care leave-on products and <0.5 ppm in other cosmetic products.

      W skrócie: długotrwałe (przez całe życie) używanie kosmetyków z poliakrylamidem może powodować, ze względu na szczątkowe ilości akrylamidu w poliakrylamidzie, nieakceptowalnie wysokie ryzyko raka. Powołując się na badania na szczurach, Komisja ostrzega, by ilość akrylamidu nie przekraczała danej wartości (mniej niż 0.1 ppm w kosmetykach pozostawianych na skórze i mniej niż 0.5 ppm w całej reszcie).

      Zaraz zaraz, zapyta ktoś, czy poliakrylamid jest więc, czy nie jest niebezpieczny? W końcu ten popularny zagęstnik jest stosowany powszechnie także poza przemysłem kosmetycznym, na przykład do produkcji okładów stosowanych przy leczeniu poparzeń czy uzdatniania wody (pitnej!!!). Powszechnie stosuje się go w uprawie rolnej, zdatkując nim ziemię. Mało tego, popularny wypełniacz zmarszczek, Aquamid, to w zasadzie woda z poliakrylamidem (być może dlatego nie został dopuszczony przez amerykańską FDA na tamtejszy rynek). Na ile powinniśmy więc przejmować się ostrzeżeniami Uni?

      W końcu poliakrylamid mają w swoich składach kremy takich firm, jak Guerlain czy Clarins, oraz bardzo świadoma składow Paula Begoun, a także preparaty przeznaczone dla kobiet ciężarnych (Mustela) i w połogu, jak Bustfirm Pharmaceris'u (polecany przy karmeniu piersią).  Kiedy zaszłam w ciążę, przeprowadziłam czystki wśród moich kosmetyków, wyrzucając wszystkie, które miały poliakrylamid w składzie (między innymi krem do rąk Ziaji i bardzo przeze mnie lubiany krem do twarzy Tillia). Sprawdzałam składy produktów przeciwrozstępowych, nie decydując się na Mustellę; przeżyłam jednak drobne załamanie, kiedy okazało się, że z radością używałam przeciwrozstępowego Clarinsa i Bustfirmu.

      Unijne dyrektywy są jasne: poliakrylamid jako taki nie jest toksyczny, toksyczny jest - przypuszczalnie i w bardzo niewielkich ilościach - zawarty w nim akrylamid. Stąd podane bezpieczne minimalne ilości toksyny. Co możemy więc zrobić my, konsumenci? Ja osobiście wydedukowałam z tego, że niewielkie zastosowanie poliakrylamidu krzywdy mi nie zrobi. Czyli: jeżeli już kupiłam krem z poliakrylamidem, zużyję go do końca, będę jednak uważać, by nie kupić go ponownie. Nadal mam zamiar namiętnie czytać składy, nie licząc już na litość producenta (a w wypadku Erisu i Clarinsa naprawdę miałam nadzieję, że mogę im zaufać). Warto też pamiętać, że poliakrylamid pod koniec składu sugeruje jego mniejsza zawartość, a, co za tym idzie, większe szanse, że produkt plasuje się w widełkach unijnych wskazań. Metoda dla mnie: próbując znaleźć sensowne wyjście z sytuacji, bez popadania w panikę, należy pamiętać, że poliakrylamid może się okazać toksyczny przy długotrwałym - w przeciągu wielu lat - stosowaniu. I konsekwentnie, ale bez szaleństwa, unikać tego składnika. Do podobnych (bez paniki!) wniosków doszła doszła kiedyś Basia Kwiatowska na nieodżałowanym forum Biochemii: "Poza tym nie nalezy przesadzac, jesli znajduje sie on przy koncu skladu to prawdopodobnie jego ilosc jest mala, jesli mamy watpliwosci kontaktujemy sie z producentem, ktory jest zobowiazany udzielic nam infomacji [o ilości poliakrylamidu]".

       

      ps nastawionym scepytycznie do tego typu wiadomości polecam ten link, w którym autor, poirytowany ciągłymi nagonkami na składniki kosmetyczne, pisze, że tak naprawdę mamy dużo większe szanse na zejście z tego świata na jedną z chorób krążenia, zatrucie, czy uderzenie pioruna, niż na raka wywołanego przez konserwanty w kosmetykach (jest też o poliakrylamidzie).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polyacrylamide (poliakrylamid)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 listopada 2009 23:53
  • niedziela, 15 listopada 2009
    • L'oreal Eleseve i trudności z ograrnięciem własnego PR

      L'oreal odżywkaL'oreal Eleseve (tutaj Elvive) Color-Vive Vitaal serum. Nie obiecywałam sobie po nim zbyt wiele, ale byłam zaciekawiona: serum i wszelkie maski do włosów są dla mnie niezbędnym elementem pielęgnacji, szczególnie, że mój domowy maruda nie lubi puszących się włosów. Zaciekawiła mnie forma koncentratu w 4 ampułkach, i to, że producent zaleca użycie preparatu w sytuacjach dla włosów stresowych, jak zmiana pór roku, po ciązy, po agresywnych zabiegach fryzjerskich itp. I co? I, jak zwykle, nic. Po 4-tygodniowej kuracji włosy: nie są bardziej wygładzone, nie są bardziej błyszczące, może zyskały na nawilżeniu, ale to w zasadzie na tyle. Preparat nie jest drogi - 4.5 euro (udało mi się ustrzelić go za 2.50), mimo wszystko, żałuję, bo dużo więcej dobrego zrobiło by moim włosom stosowanie maski, do której wracam zawsze z podkulonym ogonem - znów Elseve, tym razem Re-nutrition z royal jelly, maski, która nie ustępuje w niczym tym o dwa i trzy razy droższym.

      L'oreal odżywkaA teraz tak zwany gwózdź programu: być może brak szczególnego działania maski związany jest z tym, jak ją stosowałam. Otóż na moim opakowaniu stoi jak byk: nalożyć na podsuszone ręcznikiem włosy, po minucie spłukać. Na stronie holenderskiej zaś: nalożyć na podsuszone ręcznikiem włosy, nie spłukiwać. Wpatrywałam się w oba opisy jak sroka w gnat, próbując dojść do siebie i zrozumieć, czy ja i L'orealowi spece od PR mamy na myśli ten sam produkt. Najwyraźniej tak. Hmmm. I jeszcze jedno hmmmm. Czy L'oreal strzela sobie sam w kolano? Cóż...

       

      Water, Potato Starch Modified, Quaternium-87, Stearyl Alcohol, C11-15 pareth-7, C12-16 pareth-9, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed wheat protein, Hydroxyisohexyl-3 cyclohexene  carboxaldehyde, behentrimonium chloride, Trideceth-12, Polysorbate 20, Chlorhexidine Dihydrochloride, Camphor benzalkonium methosulfate, candelilla cera, linalool, Amodimethicone, 2-oleamido-1-,3-octadecanediol, Methylparaben, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Glycerin, Parfum.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 listopada 2009 00:07
  • środa, 11 listopada 2009
    • Mustela 9 miesięcy Vergetures Double Action (Podwójnie działający krem przeciw rozstępom)

      Uczciwie uprzedzam, że będzie okremie z miniatury, nie o pełnowymiarowym opakowaniu, gdyż w mojej przybranej ojczyźnie w ramach obowiązku obywatelskiego do lekarzy się nie chadza (nawet w czasie ciąży), stąd nie za bardzo istnieje tu etos kosmetyków aptecznych (skrót myślowy: nie chodzę do lekarza - nie muszę odwiedzać aptek). I wszelkich Musteli itp u nas niet. Co, jak się okazało, w tym jednym jedynym wypadku bardzo mnie ucieszyło, o czym pod koniec notki.

      mustela 9 miesięcyMiniaturę dostałam w PL, robiąc zapasy erisowych kremów, z zaznaczeniem przez specjalistkę z SuperPharm, że Riastil i DaxCosmetics sprzedają się o niebo lepiej i klietnki chwalą je dużo bardziej . I bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, szczególnie pod względem wchłanialności i lepkości - warto przyjrzeć się składowi kremu, ten dostępny obecnie ma zmienioną formułę!

      tak prezentuje się stary skład:


      Water/Aqua, Lactic Acid, Triethanolamine, Cyclomethicone, Octylpalmitate, Hydrogenated Cocoglycerides, Sodium Lactate Methylsilanol, Propylene Glycol, Isodecyl Neopentanoate, Hydrolyzed Soy Protein, Glyceryl Stearate, Arachidyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Behenyl Alcohol, Polyacrylamide, Phenoxyethanol, Sophora Japonica Extract, Arachidyl Glucoside, Beeswax (Cera Alba), C13-14 Isoparaffin, Fragrance (parfum), DEA-Cetyl Phosphate, Zinc Gluconate, Methylparaben, Butylene Glycol, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Cocoglycerides, Laureth 7, Enteromorpha Compressa Extract, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben


      a tak nowy:

      Water/Aqua, Lactic Acid, Triethanolamine, Cyclomethicone, Ethylhexyl Palmitate, Hydrogenated Cocoglycerides, Sodium Lactate Methylsilanol, Propylene Glycol, Hydrolyzed Soy Protein, Isodecyl Neopentanoate, Glyceryl Stearate, Arachidyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Behenyl Alcohol, Polyacrylamide, Sophora Japonica Extract, Arachidyl Glucoside, Beeswax (Cera Alba), C13-14 Isoparaffin, Methylparaben, Fragrance (parfum), Deacetyl Phosphate, Propylparaben, Zinc Gluconate, Butylene Glycol, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Cocoglycerides, Laureth 7, Helianthus Annuus (Sunflowe) seed oil, Enteromorpha Compressa Extract, Lupinus albus Extract.

      Wytłuszczonym drukiem zaznaczyłam składniki, które nie pokrywają się w obu składach. Jak widać, nowsza wersja ma śladowe ilości miłych dla oka, wypatrującego tęsknie naturalnych substancji, nazw. Niestety, ma też znacznie większe ilości parabenów, które przesunęły się na środek listy (zmiany na początku - Ethylhexyl Palmitate i Octylpalmitate - nie mają większego znaczenia, to ten sam składnik, humektant). Ogólne zamieszanie z ilościami poszczególnych elementów wpłynęło prawdopodobnie na moje bardzo subiektywne odczucie: krem wchłaniał się do jedwabistego matu i nie był lepki, a zapach ma na tyle delikanty, że mój naczelny domowy alergik nie zgłosil sprzeciwu.

      ALE Mustela ma w składzie jednen "drobiazg", z powodu którego na poczatku ciąży pożegnałam się z kilkoma polskimi kremami (m. in. oliwkową Ziają do rąk i przeciwzmarszczkową Tillią): Polyacrylamide. Podejrzany o rakotwórczość, został wycofany z wiekszości kosmetyków - jak widać, nie wszystkich. Jakoś smarowanie dość rozległych obszarów ciała w czasie ciąży sporym stężeniem polyacrylamidu nie przemawia do mnie, ba, nieco mnie przeraża. Znaczy się, Mustela nie dla mnie. A szkoda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 11 listopada 2009 14:18
  • wtorek, 03 listopada 2009
    • Aldi Biocura Natuurcosmetica

      Mój ukochany Aldi ma raz na jakiś czas (strzelam, że co pół roku) w ofercie kosmetyki naturalne. W przeciwieństwie do większości artykułów z aldikowej oferty, kosmetyki te znikają w przeciągu kilku dni. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy to, zachwycona, wróciłam do sklepu po tygodniu, by nabyć większą ilość szamponu i balsamu do ciała, doszczętnie już wtedy wyprzedanych.

      aldi szamponCo jest w nich tak szczególnego? Ano wygląda na to, że Biocura Natuurcosmetica to seria prawdziwie naturalna - udało jej się zdobyć certyfikat BDIH, którym mogą się poszczycić takie marki, jak Haushka czy Weleda, zachowując przy tym poziom cenowy Aldiego.

      Jedyne, na co trzeba uważać przy zakupach, to składy: nie wszystkie kosmetyki miały naturalną substancję zapachową, w części użyto syntetycznych perfum. Część miała super składy, część tylko trochę.

      Skusiłam się na szampon miodowy do włosów normalnych - w składzie nie ma SLS!!! Ani syntetycznych barwników, perfum, silikonów, parafiny i innych pochodnych ropy (tak się to tłumaczy?). Są za to zielonki z kontrolowanyh upraw biologicznych. Szampon okazał się tak dobry, jak obiecywała ulotka, albo jeszcze lepszy. Poradził sobie z moim ciągłym podrażnieniem (robi mi się od każdego szamponu z SLS). Rewelacyjnie wpłynął na przetłuszczanie włosów, mocno je minimalizując. Pięknie pachniał, nie pienił się jakoś specjalnie (przez to jest też mniej wydajny), ale to ze względu na brak wroga, czyli SLS.

      aldi szampon

       

      Zachwycił mnie też balsam do ciała, o podobnych eko właściwościach do szamponu (oba, choć mocno pachną, nie uczulają mojego domowego alergika), ale z natruralnymi olejkami morelowym i jojoby, a także ekstraktem z kwiatu pomarańczy i witaminami C i E. Balsam jest taki, jak być powinien: odżywczy dla skóry, ale nie ciężki, nadający się do użycia także latem.

      aldi balsam

      Ogólnie - brawa dla Aldiego!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Aldi Biocura Natuurcosmetica”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 listopada 2009 23:10
  • niedziela, 18 października 2009
    • Annayake

      Jakiś czas temu zostałam uszczęśliwiona mini zestawem kosmetyków Annayake. Nie znałam firmy, nie znałam ceny, kojarzyłam tylko jej "orientalne" pochodzenie i dystrybucję przez Douglasa, podeszłam więc do nich wolna od uprzedzeń i oczekiwań, jakie budzą we mnie marki typu Dior czy Chanel.

      Kosmetyki, w liczbie 4, zużyłam, przy czym żaden, poza żelem myjącym, nie powalil mnie na kolana. Powaliła za to ich cena, której nie omieszkałam sprawdzić po zakończeniu testów. Toż to rozbój w biały dzień! Kosmetyki o działaniu przyzwoitym, ale nie super-extra, za to w cenach kosmicznych. Nie, nie i jeszcze raz nie.

      Wszystkie kosmetyki pochdzą z serii Annayake Ultratime:

      Annayake MaseczkaMaska Anti-temps Action 50 ml / 55 euro

      żelowo-kremowa maska o dość tępej konsystencji. Trudno się ją nakłada, bo jest - jak na mój gust - zbyt żelowa. Ma nawilżać i łagodzić, zapewniać ochronę przed wolnymi rodnikami i w efekcie dawać promienną, gładką skórę (jak widać, producent nie wysilił się bardzo w kwestii PR'u). W zasadzie nie mam się o co przyczepić, bo maska dokładnie to robi: nawilża i odżywia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że maseczka nawilżająca z Lidla, kupiona za 2.5 euro, robi dokładnie to samo, nie podnosząc mi przy tym ciśnienia ceną ;)

      Skład: Water, Glycerin, Cetyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Polyglyceryl-10 Oleate, Butylene Glycol, Beheneth-20, Peg-150,  Stearic Acid, Peg-150 Sterate, Palmitic Acid, Alcohol, Methylparaben, Parfum, Alcohol Denat., Propylparaben, Tricaprylin,  Lecithin, Tocopherol, Tocopheryl Linoleate, Glycyrrhetinyl Stearate, Glycosphingolipids , Lauric Acid, Hydroxyisohexyl 3cyclohexene carboxaldehyde, Myristic Acid, Mica, Alpha Isomethyl Ionone, Glycerin/Oxybutyiene Copolymer Stearyl Ether, Pyrus Cydonia seed extract, Titanium Dioxide, Linalool, Dipentene, Hydrolyzed yeast protein,Amyl Cinnamal Citronellol, Butylphenyl Methylpropional, mandarin Orange Fruit Extract, Panthetine, Inositol, Pyrdoxine Hcl,  Retinyl Palmitate, Ethyl Linoleate, Carmine, Mays (Corn) oil, Royal Jelly, Cyanocobalamin, Riboflavin Tetrabutyrate.

       

      Annayake kremAnnayake Ultratime Creme Premiere Anti-Temps Action 50 ml/99 euro (!!!)

      No sorrry, ale to najsłabszy elemeny zestawu, szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Patrząc na analizę składu (na przykład tutaj) nie ma tu niczego imponującego:

      Skład: Aqua, tricaprylin, butylene glycol, phenyl trimethicone, squalane, cetyl alcohol, glycerin, cetyl palminate, stearic acid, behenyl alcohol, dimethicone, glyceryl stearate, peg-45 stearate, phytosteryl glucoside, phenoxyethanol, methylparaben, parfum, beheneth-20, glycosphingolipids, butylparaben, tocopheryl acetate,  glycyrrhetinyl stearate, sodium lauryl phosphate, carbomer, oryzanol sodium hyaluronate, tocopherol, sodium polyacrylate, arctium lappa root extract, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, alpha-isomethyl ionone, linalook, limonene, amyl cinnamal, citronellol, buthylphenyl methylpropional, benzyl benzoate, 414902/O1E.

      Niestety, w działaniu krem także się nie popisał. Ma ładny, delikatny zapach, i ciężką konsystencję, która jednak nie była wystarczająca, bym rano budziła się bez wrażenia za ciasnej skóry. Po systematycznym zużyciu małego promo-słoiczka, nie zauważyłam zmian w strukturze skóry, poprawy kolorytu, minimalnego wpływu na moje pierwsze zmarszczki i niedoskonałości (moje ulubione kremy przeciwzmarszczkowe najczęściej działają też na zmiany trądzikowe). Ba, skóra płakała o nawilżenie, którego nie zapewnił jej też:


      Annayake fluidUltralisse Fluide Anti-Rides (Line-lift essence) 30ml/89 euro

      Lejąca, rzadka konsystencja. Wchłania się pozostawiając na skórze lepką warstwę. Nie liftinguje. Nie nawilża. Na dłuższą metę (mała tubka) j.w., tzn w działaniu równie nieefektywny jak krem. Skóra nie wykazała żadnych zmian na plus, na minus zresztą też, poza pewnym przesuszeniem.

      Aqua, Glycerin, Butylene Glycol, Dimethicone, Cyclomethicone, Polyperfluoromethylisopropyl ether, sulfated sodium alginate, PED-150 Stearate, Carbomer, Methylparaben, Cethyl Alcohol, Glycerin/oxybutylene copolymer stearyl ether, Glyceryl stearate, Potassium hydroxide, Sodium Polymethacrylate, Parfum, Polyglyceryl 10 myristate, Sodium trideceth-3 carboxylate, hydrolyzed conchiorin protein, Sodium hyaluronate, Propylparaben, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, Alpha-isomethyl opmome, Linalool, Limonene, L40305/00A.

      Annayake żelCleansing foam fresh softener

      I to jest w zasadzie jedyny kosmetyk z tej serii, który mnie kompletnie, niepodważalnie i kategorycznie zachwycił. Jeden z lepszych zmywaczy do twarzy, jakie miałam, bardzo przypomina różowy krem-piankę do cery wrażliwej Estee Lauder. Daje sobie radę z kilkoma warstwami pudrów, skrobi, filtra i czegokolwiek, co pod filtrem miałam. Do tego ową radę daje nalożony w niewielkiej ilości. Bez wysuszania cery. Co mnie martwi, to fakt jego istnienia na eBayu, ale nie na stronie firmy, z czego wnioskuję, że mógł zostać wycofany, chlip chlip.

      Skład: Water, Glycerin, Stearic Acid, Myristic Acid, Potassium Hydroxide, Lauric Acid, Palmitic Acid, Butylene Glycol, Behenyl Alcohol, Disodium Phosphate, Tea-Cocoyl Glutamate, Peg-100 Hydrogenated Castor Oil, Poloxamer 188, Methyl Gluceth-10, Parfum, Glycerin/Oxybutylene Copolymer Stearyl Ether, Linoleic Acid, Angelica Archangelica Root Extract, Tocopherol, Glycyrrhetinyl Stearate, Methylparabene, Hydroxy-Isohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Isomethyl Ionone

      Ogólnie, biorąc pod uwagę wielkie halo, jakie Douglas robi wokół Annayake, oraz ich koszmarne ceny, kremy są nie do przyjęcia. Po raz kolejny okazuje się, że im bardziej bardzo-ekskluzywne kosmetyki (La Prarie, Sisley), tym mniej mają do zaoferowania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 października 2009 20:48
  • niedziela, 11 października 2009
    • VSM Puur Mama BBBB-crème

      Padło i na mnie: zamiast komentować ostatnie osiągnięcia w wypełnianiu zmarszczek i nawilżaniu,  przez najbliższe miesiące dominującym tematem będą kosmetyki dozwolone w ciąży (albo: czym na Boga zastąpić kwasy i Retinoidy???) oraz profilaktyka (i na profilaktyce, mam nadzieję, się zakończy) przeciwrozstępowa. Nie, nie żebym przestała być sobą: na pocieszenie - no, bo w końcu rozstałam się z wieloma ulubionymi kosmetykami) mam walizkę kremów-dla-przyszłych-mam.

      Na pierwszy ogień idzie lokalna tutejsza produkcja:

      VSM Puur Mama BBBB-crème

      €12,95 (250 ml)

      Skład: Aqua, Persea gratissima (avocado) oil, alcohol, glycerin, ceteraryl alcohol, Aesculus hippocastanum, Arnica montana, ceteareth-20, citric acid, sodium hydroxide, tocopherol, caprylic-capric trigliceride, ascorbyl palmitate, ascorbic acid.


      Tak, w składzie nie ma perfum!!! niestety, odbywa się to kosztem wydzielanego przez krem minimalnie chemicznego zapachu.

      Cóż oznacza owo BBBB? W niderlandzkim borsten, buik, billen en benen, bo krem ma dbać o skórę piersi, brzucha, pośladków i nóg. Producent obiecuje dokładnie to samo, co każdy inny producent kremów przeciw rozstępom dla ciężarnych: krem ma zapobiegać przed utratą wilgoći, uelastyczniać skórę, a także wspomagać krążenie, przez co - i tu stosunkowa nowość, albo też inni producenci poprostu jeszcze nie wpadli na umieszczenie na ulotce takowej informacji - ma wspierać w pielęgnacji zmęczonych nóg i żył. Sprytne, prawda? Przeraża nieco ilość alkoholu, niemniej, wiele kosmetyków naturalnych uszczęśliwia nas taką jego ilością -przy naturalnych formułach wysoka zwartośc alkoholu wydaje się być uzasadniona.

      Jak dalej twierdzi ulotka, nie mamy tu do czynienia z kremem, ale z naturalnym środkiem leczniczym! Cóż, zawiera 10 g (na 100 g produktu) Arnica montana, czyli arniki i 5 g Aesculus hippocastanum, czyli kasztanowca zwyczajnego domieszanego do kremu z witaminą E. Miło, ża zawartość składników naturalnych jest aż tak wysoka, niemniej w użytkowaniu krem zachowuje się - cóż, jak zwykły krem. Wchłania się normalnie, nie pozostawia naskórze lepkiej warstwy (choć nie znika do zera).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 października 2009 21:12
  • środa, 29 lipca 2009
    • Eveline, Slim Extreme 3D Spa!, Serum ujędrniająco-modelujące do biustu

      Eveline, Slim Extreme 3D Spa!, Serum ujędrniająco-modelujące do biustu

      Nie jest to mój ulubiony krem, ale najwyraźniej cieszy się sporym powodzeniem: produkowany jest od co najmniej 2005 roku, i nadal można go znaleźć w drogeriach. Niech nie zmyli Was zielona wersja: choć nazwa jest podobna (Eveline, Slim Extreme 3D Professional, Aktywne serum do biustu - kuracja powiększajaca i modelująca), nie jest to jego następca, skład obu kosmetyków jest zupełnie różny.

      krem do biustu

      Po pobieżnym przejrzeniu sieci, widzę, że opinie internautek są zbliżone do mojej: niby dobry, niby nawilża, ale jednak nie jest to aksamitny krem Bielendy. Właściwie nie mam mu nic poważnego do zarzucenia, tym niemniej pod koniec opakowania dość mocno się męczyłam.

      Krem ma gęstą konsystencję i mocny, nieco różany zapach (zbyt wyrazisty!). Dobrze się rozprowadza, pozwalając wykonać masaż piersi. Niestety, do masażu też zmusza: wchłania się nie najlepiej, i po prostu trzeba go wpracować w skórę. Pozostawia delikatną, lepką warstewkę, powodującą, że jednak go już nie kupię. Drugim z powodów jest to, że choć powinien nawilżać, mam wrażenie, że niczego ze skórą nie robi. Działanie na rozstępy ma żadne. Ot, krem. Dziwne jest to o tyle, że na ś.p. biochemii urody Basia - bichemiczne guru - pochwaliła kiedyś jego skład, zaznaczając, że może z niego skorzystać nie tylko biust. Krem ma dość duże stężenie centella asiatica, jednego z najpopularniejszych składników kremów przeci rozstępom; do teo kolagen i elastynę, a także kilka ciekawych wyciągów.

      Nie najgorszy, nie najlepszy. Jego niewątpliwą zaletą jest niska cena (przy ciekawym składzie), i stąd pewnie wynika jego popularność.

      Skład: Purfied Water, Glycerin, Centella Asiatica, Hydrolysed Collagen, Hydrolysed Elastin, Cetyl Alcohol, Hedera Helix (lvy) Extract, Panax Ginseng Root Extract, Glycine Soja Oil, Laminaria Hyperborea, Caffeine, Propylene Glycol, Sodium Polyacrylate, Glyceryl Stearate SE, Dimethicone, Phenoxyethanol / Methylparaben / Butylparaben / Ethylparaben / Propylparaben, Ginkgo Biloba Extract, Mari Sal, Glycerin / Propylene Glycol / Lecithine / Ubiquinone, DMDM Hydantoin, fragrance, Linalool, Lilial / lysmeral / BMHCA.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2009 12:20
  • wtorek, 28 lipca 2009
    • Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust

      Moim hitem nr jeden wśród balsamów do pielęgnacji piersi jest nasza polska Bielenda, krem o wdzięcznej, tfu, nazwie: Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust. Omijałam opalowanie na półce drogerii przez dłuższy czas, czując się upokorzona tym, co graficy Bielendy myślą o kobietach i w jak niskie pobudki uderzają. Skusiłam się dopiero po podsłuchaniu ekspedientki Super Pharm, mówiącej, że krem  - jako jedyny z tego asortymentu - jest rewelacyjny i schodzi im bardzo szybko. Nadal nie mogąc patrzeć na opakowanie, zaniosłam krem do domu, i bardzo przyjemnie się zaskoczyłam.

      Bielenda sexy look biustu

      Krem jest gęsty, ale bardzo dobrze się rozprowadza. Ma upajający, wykwintny (i ciężki!) zapach, znacznie wpływający na jakość stosowania. Bardzo dobrze nawilża biust, i w tym, jak mniemam, leży jego sukces (nawilżona skóra siłą rzeczy wygląda lepiej). Jest bardzo komfortowy w użyciu, producent nazywa go "aksamitnym", i jestem skłonna się w tym wypadku z nim zgodzić, choć wbrew pozostałym obietnicom serum nie zmienia rozmiaru biustu, nie regeneruje zmasakrowanych karmieniem piersi, i nie podnosi ich do góry (jak, na Boga, miałby to zrobić? Biust trzymają więzadła, a tam nie ma prawa dotrzeć) ale rzeczywiście świetnie pomaga w codziennej pielęgnacji.

      Bardzo mnie ubawiło na opakowaniu istnienie dwóch typów biustu: miseczki A i B (małych) oraz C i D (dużych). Jako GG pewnie nie istnieję dla producenta (to taka polska cecha producentów produktów do biustu...). I to w zasadzie koniec śmiesznostek, bo te nagie piersi są dla mnie przerażające - niestety, bardzo widać tu męską rękę w prowadzeniu projektu graficznego (podobnie jak w postałych z tej serii).

      Bielendo! To jest kosmetyk dla kobiet! Ja nie chcę oglądać nagich cyckow, i nie chcę być na siłe seksi, ja chcę tylko zadbać o moje atrybuty!!! Pewnie w założeniu kobiety miały dążyć do uzyskania takich samych balonów - cóż, nie tędy droga, obawiam się. Najwyraźniej jednak albo klientkom opakowanie nie przeszkadzało aż tak bardzo, albo krem jest tak dobry, jak mi się wydaje - kosmetyk ma na wizażowym KWC rekordową, jak na preparat do biustu, liczbę wpisów. A co Wy myślicie o takiej szacie graficznej?

       

      Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Kigelia Africana Extract, Butylene Glycol, Caprylic/Capric Triglyceride, Coco-Caprylate/Caprate, Cetyl Palmitate, Sodium Polystyrene Sulfonate, Propylene Glycol, Cimicifuga Racemosa (Black Cohosh) Root Extract, Ethoxydiglycol, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Caviar Extract, Glyceryl Polymethacrylate, Rahnella/Soy Protein Ferment, Glycerin, PEG-8, Palmitoyl Oligopeptide, Hydrolyzed Elastin, Hydrolyzed Collagen, Gold, PEG-75 Stearate, Ceteth-20, Steareth-20, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Polysilicone-11, Laureth-12, Sodium Acrylates Copolymer, Disodium EDTA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, Parfum, Benzyl Salicylate, Citronellol, Geraniol, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexane Carboxyaldehyde, Linalool

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2009 22:41
  • niedziela, 26 lipca 2009
    • Vaseline Moisture locking (bezzapachowy balsam)

      Gdyby wszystkie balsamy do ciała były takie, jak ten, nie czułabym się tak bardzo pokrzywdzona wygnaniem do a-zapchowej kategorii.

      vaseline balsam

      Mamy tu wszystko, czego można by się spodziewać po produkcie takiego potentata, jak Vaseline: balsam jest bardzo treściwy (alergicy są najczęściej posądzani o suchą skórę, co, z moich obserwacji, najcześciej jest prawdą), ale ładnie się wchłania, można wręcz po kilku minutach założyc jeansy. Nie pachnie niczym, konsystencji nie ma specjalnie ciężkiej (bezproblemowo wychodzi z opakowania), choć przy aplikacji nieco się jego ciężar czuje. Nie jest najtańszy z kosmetyków supermarketowych, bo kosztuje jakieś 5 euro, czyli 2x więcej niż zwykłe balsamy, jednak za jakość można mu to wybaczyć. Podoba mi się jego opakowanie, siremiężnie proste, i podoba mi się stojąca za nim informacja: prosty, nieuczulający skład bez zbednych ozdobników, w prostym opakowaniu.

      Ogólnie jestem bardzo na plus, szczególnie zimą, i na pewno do niego wrócę.

      Firma zaś podoba mi się coraz bardziej: mają specjalną serię do ciemnej skóry z cocoabutter. O maśle kakaowym wiem od czarnoskórych znajomych, że jest przez nie namiętnie używane do pielęgnacji ciała. Cała seria będzie zapewne bardo gęsta i treściwa, według reklam ma tez przywracać skórze blask. O ile taki piękny połysk oliwki na ciemnej skórze wygląda pysznie, na białej mógłby się prezentować po prostu tłusto, stąd świetnie, że koncern pomyślał o oddzieleniu grup konsumenckich.

       

      A tak prezentuje się skład balsamu dla alergików:

      vaseline balsam skład

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Vaseline Moisture locking (bezzapachowy balsam)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lipca 2009 00:13
  • sobota, 25 lipca 2009
    • Bravissimo!

      Służbowy wyjazd do Londynu jawił mi się przede wszystkim jako wyprawa do stanikowego raju. Oczyma wyobraźni widziałam samą siebie w Bravissimo, otoczoną wianuszkiem usłużnych ekspedientek, dobierających mi najlepiej na świecie pasujący biustonosz. Niestety, rzeczywistość okazała się nie dorastać mitowi do pięt.

      Bravissimo Londyn, Oxfordstreet (28 Margaret Street, W1W 8RX)

      Sklep ma charakterystyczny układ, powtórzony także w Leeds, z czego wnioskuję, że wybór architektoniczny jest celowy. Na górze, na wieszakach, ekspozycja, na dole sala dla oczekujących i przymierzalnie. Zgrzyt nr jeden: sklep jest zapchany klientkami, nikt się mną nie interesuje. Nie wiem, gdzie mam iść ani kogo zapytać o mój rozmiar; na dole, w części przymierzalniczej, jest jeszcze gorzej, dwie ekspedientki biegają w amoku, tłum klientek czeka na sofach i w przejściu. Potulnie czekam, aż ktoś wskaże mi wolną przymierzalnię i odpowie na moje pytania. W końcu zostaję skierowana do odpowiedniego pomieszczenia (teraz już wiem, że można po prostu wejść z rzeczami z wieszaka do pierwszej wolnej przymierzalni). Pobróbuję poprosić o kilka wybranych modeli w moim rozmiarze. Jak się okazuje, prawie niczego nie ma, a ekspedientki, biegnące do następnego kilenta, ograniczają się do pośpiesznego rzucenia: tego modelu nie mamy!

      Bravissimo Londyn - zdjęcie ze strony sklepu (zdjęcie ze strony sklepu)

      Kolejnym zgrzytem jest kwestia dopasowania: obojętnie, czy mierzę Panache, które ledwo dopinam, czy luźną Freyę, wg specjalistek leżą idealnie. Za małe miseczki? A proszę poluzować ramiona, widzi pani, nie jest źle (Confetti). Brak Arizy pani kwituje: proszę wziąć Elizę, to ten sam model (w Bravissimo w Leeds pani tłumaczy mi, czym się te modele różnią - różna miska, różne wykrojenie pod pachą, różny kształt biustu). Lepiej robi się przy mierzeniu ubrań, panie doradzają nie brać za małej bluzki.

      Ogólnie asortyment bardzo średni, w moim rozmiarze są, poza standardami które mam czy znam (typu Tango czy Harmony, a i to w ograniczonych kolorach) dostępne jedynie resztki kolekcji, która, bądźmy szczerzy, nie jest powalająca (taka sama, jak w papierowym katalogu). Nie mam szans na Miss Mandalay, Masquerade, kolorowe Panache.

      Ogólne wrażenie: być może, gdybym umówiła się na bra-fitting, obsługa poświęciłaby mi więcej czasu. Być może, gdybym nie była w sklepie zaraz przed wyprzedażą, asortyment byłby lepszy. Natomiast w kwestii dobrania biustonosza, londyńskie Bravissimo nie powaliło mnie na kolana. Powalający był za to brak jednocześciowych kostiumów kąpielowych w moim rozmiarze (w środku lata!!!). Niestety, panie nie pokusiły się o podanie sąsiednich rozmiarów (być może ich także brakło).

      Dużo lepiej jest w Leeds, gdzie obsługujące mnie panie mają więcej do powiedzenia na temat wybranych modeli (albo raczej: tego co im zostało w rozmiarówce). Ich rady są praktyczne: jeżeli Tango II w 30G jest dużo za małe, a w 30GG za duże, to trzeba poszukać innego modelu, bo ten jest niekompatybilny. Jeżeli full cup Harmony 30GG jest za duże, trzeba rzucić okiem na balkonetkę, bo powinna być dobra. Ariza nie jest klonem Elizy! Jeżeli stanik jest nieco za duży, a najprawdopodobniej mniejsza miska będzie dużo za mała, lepiej brać ten większy, bo lepsze minimalne luzy niż bułki (a w londyńskim mini bułeczki, wg ekspedientki, wyglądały dobrze). Zakładanie stanika: pochylamy się do przodu i wytrząsamy jabłuszka, jak to opisała Kasica. Lojalnie uprzedzam, że chcę przymierzyć wszystko, co mają w moim rozmiarze, bo zamawiam przez internet, i chcę wyrobić sobie opinię o jak największej ilości ubran i staników; ekspedientka nie robi żadnego problemu, dodając na końcu, że powinnam zamawiać 30GG, balkonetki. Jedyne, co także i tu mnie zaskoczyło, to swobodne traktowanie obwodów - paskudnie luźna freja dobra, ultra-ciasne panache - dobre.

      (zdjęcie ze strony sklepu)

      Podsumowując: obsługa w Leeds zdecydowanie lepsza, niż w Londynie.

      W Leeds trafiam też na wyprzedaż: większość staników przeceniona jest do 19 funtów, bluzek - do 9. na wyprzedażowych artykułach nie przeprowadza się brafittingu!

       

      Bravissimo, ze względu na ubrania i kwalifikacje personelu, nadal jest sklepem, który będę polecać znajomym, szczególnie tym z mniejszym doświadczeniem. Brak całej rozmiarówki na wieszakach ma swoje wady i zalety - przekonałam się o tym w Debbenhamsie, gdzie wieczność zabrało mi samodzielne przeszukanie dziesiątek standów (wrócę do tego tematu później). Jednak nie jest to sklep moich marzeń - ku mojemu zaskoczeniu, dużo lepiej zajęto się mną w poznańskim sklepie Yoshi (a wybór w moim rozmiarze był tylko trochę gorszy).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2009 00:26
  • środa, 22 lipca 2009
    • Jak Hause of Fraser uświadomił mi, że sprzedają rzeczy poniżej ich wartości

      Raz na jakiś czas czytam z rozbawieniem doniesienia o polskich gwiazdach latających na shopping do Londynu. O ile chwalenie się tym w "Fakcie" niekoniecznie należy do dobrego smaku, w jednym zgadzam się z polskimi wannabecelebrities. Uwwwwwielbiam londynskie domy towarowe. Niestety dla mnie, już samo zbliżanie się do drzwi Selfridge wywołuje u mnie równie pre-orgazmiczne reakcje, jak te świetnie pokazane w "Wyznaniach shopoholiczki". Ten świecący wystrój, pięknie eksponowane towary, nigdzie się nie spieszące sprzedawczynie, ten powalający wybór dóbr wszlakich...Niestety, jak każdy długo pieszczony - na wpół wytwór fantazji - i ten idealny obraz ma rysy.

      http://www.guardian.co.uk/business/2008/oct/16/houseoffraser-retail-iceland (Ilustracja ze strony Guardiana:

      http://www.guardian.co.uk/business/2008/oct/16/houseoffraser-retail-iceland)

      W sobotę w House of Fraser na Oxford Street (podobno flagowym sklepie sieci!!!) chciałam nabyć torebkę DKNY. Mój ukochany Esprit w czasie podróży po UK naderwał sobie ucho, i tak, potrzebuje nowej torebki zakładanej przez ramię (wiem, że wyglądają idiotycznie, ale o ile mogę jeździć rowerem w szpilkach, jednak nadal do codziennego poruszania się po mieście preferuję torebki zakładane na skos). Ponieważ była to jedyna torebka w promieniu trzech domów towarowych z gatunku "crossover" i stylu na wpół casual, ale jeszcze nie sportowym, i cenie niższej niż 1000 PLN, byłam bliska utopienia w niej gotówki. Niestety, mama wpoiła mi zasadę, od której niechętnie robię odstępstwa: torebka powinna być ze skóry. Owa DKNY nie miała żadnych oznaczeń, pognałam więc radośnie do najbliżej stojącej ekspedientki:

      - Ja nic nie wiem, ja jestem z działu portfeli, ale wie pani, mi to na oko wyglada na ceratę. Pani idzie do koleżanki, tam, przy ladzie.

      I tu zaczęły się schody. Nie wiem, czy był to mój podarty Esprit, biżuteria wykonana przez teściową, czy brudne jeansy (to był mój ostatni dzień w UK, i cóż, nie wyglądałam specjalnie zachęcająco), w każdym razie, pani ekspedientka nie kwapiła się z zauważeniem mojego radośnie uśmiechniętego pyska. W końcu rzuciła mi łaskawe spojrzenie:

      -Dzeń dobry, z czego wykonana jest ta torebka - ekspedientka bierze torbę niechętnie do ręki.

      -Ze skóry - jedno szybkie macnięcie, podaje mi torbę spowrotem.

      -Jest pani pewna?

      -Ze skóry.

      -A gdzie znajdę metkę potwierdzającą surowiec? - zapytałam nieświadoma, jaki wytrysk z krynicy wiedzy prowokuję.

      -Proszę pani, to nie są buty, torebkę kupuje się, bo się podoba, a podobać się ma niezależnie od materiału.

      -Tak, ale...

      -Proszę pani - powiedziała wyraźnie już poirytowana ekspedientka, wyrywając mi torbę z dłoni- widzi pani tę cenę? Za te pieniądze to nie może być plastik. Plastik nie byłby wart takich pieniędzy. ("It would not be worth that money").

      -Ale to DKNY... - próbowałam ostatnich argumentów, bo naprawdę chciałam tę torbę kupić.

      -Co też pani, to nie jest jakaś ekskluzywna marka.

      Cóż, dałam się przekonać, Pognałam jeszcze raz do lustra, coby podjąć ostateczną decyzję co do koloru. Wracam z przepiękną, czarną DKNY do kasy, przy ktorej stoi też inna ekspedientka. Moja nemezis stoi tam również, i najwyraźniej postanawia mi udowodnić, jakim jestem matołem, bo pyta koleżankę: te torebki są ze skóry, nie? Na co koleżanka:

      -Ależ skąd, to PCV. Wiem na pewno - w tym momencie usłyszałam w głowie owo oburzone "plastik nie byłby wart tych pieniędzy!", powiedziałam dziękuję i wyszłam.

      Cóż, runął nieco mój pracowicie wypracowany mit londynskich sklepów. Gdyby owa ekspedientka wykazała się odrobiną empatii (czy zmysłu kupieckiego), i powiedziała coś, co chciałam usłyszeć, typu "to nie skóra, ale płaci się za design i nazwisko projektanta, no, a czyż ta torebka nie jest śliczna/nie pasuje pani idealnie/to ostatni trend mody", albo, w wersji absolutnego minimum, najlepiej nie mówiła nic o cenie, bo jednak ta kwestia przypomniała mi, że może jednak nie powinnam wydać ostatnich pieniędzy na DKNY, choćby była najładniejsza na świecie...

      I w ten sposób House of Fraser uświadomił mi, że torebka, którą sprzedawali, nie była warta pieniędzy, które za nią chcieli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 22 lipca 2009 11:06
  • czwartek, 18 czerwca 2009
    • Lakier jak snieg noca

       

      Notka sentmentalna ;) Uwielbiam, pasjami uwielbiam lakiery do paznokci. A najbardziej takie, ktorymi mozna sie pomalowac i w ciagu 2 min wyjsc z domu. A jeszcze bardziej takie, ktore wygladaja jak skrzacy sie w swietle lamp snieg. Trafilam kiedys na  taki kolor u niezapomnianej, bynajmniej nie ze wzgledu na powalajaca jakosc, Constance Carroll.

      Nazywal sie Snow Flake, odpryskiwal po 3 godzinach, czyli mniej wiecej zaraz po tym, jak wysechl, ale jego kolor wart byl tych poswiecen: swiecaca, super-delikatna perla. Mam go do tej pory w lodowce ;) Wlasnie pomalowalam nim paznokcie, po przeprowadzeniu wielokrotnych i skomplkowanych operacji z rozcienczalnikiem do lakieru. Chyba jednak jego czas juz nadszedl (powinnam sie z tym pogodzic dobrych pare lat temu...).

      Po wielu poszukiwaniach trafilam na jego kolorystycza siostre: Helena Rubinstain, Ritual Color, Muslin. Lakier, ktory nazywa sie "muslin" zdobywa u mnie ekstra punkty za pochodzenie. Oczyma wyobrazni widze panny z Lucy Maud Montgomery, marzace o muslinowych sukniach. Do tego, w przeciwienstwie do lakieru Carroll, Ritual Color wysychal w momencie malowania i byl stosunkowo trwaly. Mial tez ordynajniejsze krycie i swiecil sie bardziej, ale coz, nie mozna miec wszystkiego. Od tygodnia patrze na opakowanie, i zastanawiam sie, czy uda mi sie jeszcze cos z niego wycisnac. Moze ta nota skloni mnie do wywalenia ich obu w diably? Swojdroga, jaka date przydatnosci maja lakiery do paznokci? I co bardzo szkodliwego sie w nich uaktywnia "po" tejze?

      Tak, trudne jest zycie maniaka.

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Lakier jak snieg noca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 czerwca 2009 16:08
  • środa, 17 czerwca 2009
    • Amok zakupowy w NL - raport

      Kryzys uderza, do tego sesja egzaminacyjna i wakacje. Sklepy w NL przechodza radykalna tranformacje: wszystko mozna kupic za grosze, Ikea rozdaje darmowe obiady, a promocja goni promocje.

      I tak, jezeli zakupimy cokolwiek dotwarzowego (z zakresu pielegnacji tejze) w moim ukochanym Kruidvacie, dostaniemy probke nowego wynalazku Oil of Olaz: saszetek masujacych z kremem pod oczy (jeszcze do nich wrocimy w pozniejszych wpisach). Warto tez przyjzec sie serii kosmetykow "naturalnych", ktora, poza tym, ze w kazdym toniku do twarzy ma straszliwe ilosci alkoholu, moze sie pochwalic bardzo dobra seria docery tradzikowej z tea tree. Przy obecnej, 30% znizce i kremie Olaya w prezencie, naprawde, warto (za tonik tea tree zaplacilam 1,40 euro!). W DA kusza nas znizka 25% na duza pule kosmetykow do wlosow, a jako prezent przy zakupie dwoch produktow z owej puli dostaniemy  kolorowe pareo.

      Ici Paris natomiast ma jeszcze do konca tego tygodnia bardzo dobrze wygladajaca oferte na Diora: zestaw miniatur, w tym malutka, piekielnie slodka paletka 5 cieni do oczu (a takze m. in. blyszczyk i tusz do rzes). Zestaw dodawany do kazdego zakupu powyzej 75 euro. Moim zdaniem - bardzo warto, przygladam sie ofertom Diora juz od ponad roku, i ta poki co jest najciekawsza.

      Nie mowie juz o tym, ze pozostale sklepy ubraniowo-obuwniczo-akcesoriowe takze zaczely juz wyprzedaz, i to dosc powaznie schodzac z cen. Az sie boje pomyslec, co sie bedzie dzialo w sierpniu, na koncowce wyprzedazy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Amok zakupowy w NL - raport”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2009 14:19
  • piątek, 12 czerwca 2009
    • Promocja L'oreal

      Moje Drogie, jezeli jestescie aktualnie w NL, warto skorzystac z pomocji L'oreala: w sieci Kruidvat kazdy jeden kosmetyk L'oreal, takze te do make-up'u, sprzedawany jest "2 w cenie 1", do tego do zakupu dodawana jest czarna, firmowa kosmetyczka.

      L'oreal promocja kruidvat

      Promocja pokrywa sie z ta w Ici Paris: przy zakupie dwoch produktow L'oreal dostaje sie zestaw pedzli do makijazu w stosownym etui. Pedzle to: duzy do pudru, mniejszy do rozu, dwa do cieni, jeden do pomadki, i grzebyk/szczoteczka do brwi/rzes. Pedzle do twarzy sa calkiem dobrej jakosci (oczywiscie, juz nabyte), ale te do cieni sa stosunkowo twarde, co jednak tez ma swoje zalety przy okreslonym typie cieniowania (choc mimo wsyzstko wolalabym, by byly bardziej miekkie). Grzebyk do rozczesywania rzes, najbardziej niezbedne akcesorium makijazowe w mojej kosmetyczce, jest zdecydowanie lepszej jakosci, niz niedawno zakupiony "no name": bardziej rodziela rzesy. Ogolnie in plus.

      Albo L'oreal reaguje na kryzys, albo naprawde swietuja swoje 100-lecie. Cokolwiek by to nie bylo, warto!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 12 czerwca 2009 11:23
  • czwartek, 11 czerwca 2009
    • program lojalnosciowy The Body Shop

      Niestety dla mnie, i bardzo "stety" dla koncernow, jestem bardzo podatnym na manipulacje konsumentem.

      Ostatnio dalam sie zlapac na karte stalego klienta The Body Shop (Holandia): Love Your Body (kto wymysla te nazwy?). Program lojalnościowy TBS w NL polega na tym, że za 10 euro kupuje się kartę, uprawniającą do stałej zniżki wysokosci 10% na wszystko (zestawy, wyprzedaże itp też). Na urodziny dostaje się znizke na 10euro, dzięki czemu, jak entuzjastycznie informuja panie naklaniajace do zakupu, zwraca się zakup karty! Na kartę nabija się też znaczki (każde 20 euro - znaczek, przy 4 znaczkach zniżka 10 euro, po kolejnych 4 - 15). Do tego dochodzi mnóstwo promocji dla posiadaczy karty, o których uprzejmy sklep informuje na maila, np. zaproszenie na konsultację stanu cery czy makijaż (dzięki której to prezentacji przekonałam się, że ichnie minerały są a) ciemne, b) robią mi to samo, co EDM z porami - powinnyście widzieć wyraz twarzy biednej makijażystki...), do których czasami dołączony jest darmowy produkt (bez obowiązku zakupu czegokolwiek, ostatnio dostalam masazer do twarzy), czy w końcu oferty typu "do każdego zakupu kontorówka".

      Body Shop karta

      Ogólnie, karta zwróciła mi się błyskiem, a przy okazji dostalam mnóstwo gratisów. Naturalnie, zaczęłam tez regularnie chodzić do TBS, czego wcześniej nie robiłam, więc L'oreal wychodzi na swoje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 czerwca 2009 17:19
  • poniedziałek, 24 listopada 2008
  • niedziela, 23 listopada 2008
    • Peeeeeeelingi

      Geomar Thalasso Scrub. Dostałam go, kiedy jeszcze siedziałam w branży kosmetycznej. Nie wydawał mi się szczególnie atrakcyjny, więc wylądował w kartonie z kosmetykami-na-później. Takimi, które nie były na tyle ciekawe, by je zużyć od ręki, ale i nie na tyle nieinteresujące, by je wydać dalej.

      Na karton nadziałam przypadkiem, się robiąc małe pod-szykowanie przed przeprowadzką do Niewiadomego-Miejsca-Ale-O-Na-pewno-Mniejszym-Metrażu.

      Wyciągnęłam peeling, postawiłam na półeczce pod przysznicem. Naprawdę, ktokolwiek projektuje ich szatę graficzną, zasługuje na tortyury i przymusowe, stałe oglądanie własnych dzieł. Peeling stał i stał - wydawało mi się, że jako coś nieznanej firmy i do tego takie brzydkie, nie ma sobie co zawracać głowy.

       Geomar Thalasso Scrub

      Aż w końcu nadszedł jego czas, i okazało się, że pod tą straszną czcionką kryje się prawdziwy cud ;) Peeling jest rewelacyjny, gęsty, pachnacy, skuteczny i cokolwiek człowiek by nie chciał od peelingu. Zabójczo dobry ;) Ma też kilka ciekawostek w składzie: a trzecim miejscu stoi woda morska, na piątym śliwka, tyle, że za substancją zapachową. A pachnie ładnie, nie sposób nie przyznać. Drugie kompletne zaskoczenie  zaliczyłam, kiedy kilka minut temu wrzuciłam go w googla. Kilkadziesiąt zeta? Za peeling? No dobra, jest świetny, ale nie przesadzajmy. L'Oreal jest równie dobry, a tańszy, nasze też nie ustępują...

      na trzecim miejscu - woda morska, na piątym śliwka, tyle, że za substancją zapachową. A pachnie ładnie, nie sposób nie przyznać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 listopada 2008 00:33
  • sobota, 22 listopada 2008
    • Alessandro Hands up!

      O Alessandro wszyscy (wszystkie) użytkownicy kosmetyków słyszeli, wszysycy pożądają, ale mało kto kupuje, bo drogie są pierońsko.

      Vendi, vidi, vici. Firma wycofywała się (czy też ją wycofywano) z holenderskiej sieci IciParis, dzięki czemu można było kupić wszystko za bezcen. I o ile olejek do skórek i peeling do dłoni okazały się być odpowiednio fajne i bardzo fajne, o tyle kremy do rąk mają, panie dzieju, badziewne jak rzadko co.

      alessandro

      Wiedziona na pokuszenie drugim z głównych grzechów zakupiłam aż trzy kremy (zawsze mogę sobie powiedzieć, że to na potrzeby bloga).

      Alessandro ma trzy linie: jedną normalną i dwie przeciwzmarszczkowe. Niebieska przeznaczona jest dla cery młodej i wrażliwej, różowa do starzejącej się, biała do hmm, dojrzałej (zastanawiam się, jak by to ładnie powiedzieć, żeby ująć ideę, a nikogo nie obrazić; po ostatniej akcji gazety wyborczej czuję się nieco przerażona wrażliwością temat wieku). Biała linia ma już w składzie wybielacze i inne składniki tego typu (zwalczające na przykład plamy wątrobowe).

      Chciałam mieć mocno regnerujący krem i coś na dzien, na wybielacze jeszcze czas przyjdzie. Jako, że gipsowania ścian i inne atrakcje ostatnich miesięcy od początku zapowiadały się na killerów dla dłoni, kremu z różowej serii wzięłam dwa opakowania (Hands up! Nice Day). Cóż, tak lekkiego kremu do rąk nie miałam dawno. Owszem, wchłania się ładnie, nawilża, ale turbo to on nie jest. Na zmasakrowane dłonie duuużo lepsza jest Neutrogena czy zwykła gliceryna, której od remontu jestem fanką, ale nie Alessandro. I o ile krem różowy jeszcze coś tam robił (powiedzmy, 10% z tego, co obiecywał), o tyle biała linia jest makabrycznie wręcz niedostosowana do potrzeb skóry dłoni. Gdybym miała 4-letnią córkę, krem byłby jak znalazł, bo najwyraźniej w słowniku producenta "young skin" to taka, która nie potrzebuje kremu w innych celach niż psychologiczne, oraz akceptuje zapach gumy do żucia. Czy wspomniałam już, że mała tubka Hands Up! 24 Hours sprytnie otworzyła mi się w torebce, i oczywiście w połowie emigrowała na WSZYSTKO, co w niej miałam? Nie powiem, żeby te wszystkie wyciągi z pereł łatwo się dały usunąć. Zatęskniłam do polskich kremów z kiosku ruchu.

      Ogólnie, jeżeli traficie na nie na wyprzedażach: pielęgnacja dłoni i paznokci jak najbardziej na tak, kremy - zdecydowane nie.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 22 listopada 2008 16:49
  • piątek, 22 sierpnia 2008
    • Charles Worthington Results

      Mamy tutaj na zgniłym zachodzie kilka marek kosmetycznych, które jeszcze do PL nie dotarły. Pewnie dlatego, że nie należą do międzynarodowych koncernów, radośnie unifikujacych rynki zbytu od Boliwii do Istanbułu.

      Jedną z godnych polecenia i zamówienia u rodziny czy znajomych przebywających za żelazną kurtyną jest Charles Worthington Results. Sprzedawana jedynie w 10 krajach, w Anglii dumnie dierży tutuł bestsellera w kategorii Designer Haircare Brand.  Czego można się spodziewać po Results? Jakości, z której słynie Worthington, jeden z najgłośniejszych brytyjskich fryzjerów. Jego postać zaciekawiła mnie z dwóch powodów: zanim sięgnął po nożyczki, był architektem, co na dobrą sprawę nie jest bardzo odległym zajęciem, bo obydwa zawody opierają się na kreowaniu brył w trójwymiarowej przestrzeni; po drugie, ma absoultnie doskonały dom, idealne połączenie starego z nowym:

      worthington

       

      Dwa testowane produkty Results zachwyciły mnie tym, że robiły dokładnie to, co obiecywały, czyli odżywaiły i zmiękczały włosy, jednocześnie wcale ich nie obciążając. Szczególnie polecam Mineral Hair Spa Rescue Treatment for nourished, revitalised hair. Wiem, że nikt normalny nie zapamięta tej nazwy, śpieszę więc usiślić, chodzi o odżywkę w zielonej tubie (są takie tylko dwie czy trzy w całej kolekcji, zależnie od zaopatrzenia sklepów). Może nie jest to rescue treatment, jak chce producent, umieszczając ją w osobnej kategorii "intensives", nie odżywek; ale właśnie lepsza odżywka. Jak zwał, tak zwał, w każdym razie, działa świetnie. Nie wiem, czy to owe minerały morskie, czy algi, czy miliony klientek testujących produkty w salonach (swoją drogą, idealna kombinacja: produkcja szamponów i dostęp do największej grupy kobiet testujących ich wyniki), i prawdę mówiąc, wiedzieć nie chcę.

      results worthington

      Niestety, dla mnie Worthington zakończył się na drugim opakowaniu. Króliczek dostał jednego z silniejszych ataków alergii. Cokolwiek, poza składnikami pielęgnującymi, pakują do składu, nie jest królikoprzyjazne.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 22 sierpnia 2008 13:51
  • wtorek, 04 marca 2008
    • MEDITOPICS BIOLOGISCHE PEELING

      Mamy tu w Holandii niezywkle przyjazny klientowi system ubezpieczen zdrowotnych. Pomijajac koszmarna, miesieczna cene, pakiet ubezpieczeniowy pokrywa takie rewelacje, jak depilacje laserem i leczenie tradziku.  W cene wliczone sa tez kosmetyki. Gabinety, ktore nawiedzalam do tej pory, sprzedawaly glownie produkty z Meditopics. Marka kompletnie nieznana, dostepna wylacznie w gabinetach dematologi kosmetycznej. Maja nawilzacze, toniki i zele do cer tradzikowych, ale maja tez perelke, o ktorej dzialaniu pisala kiedys nieoceniona Basia Kwiatkowska: peeling biologiczny, baardzo przydatny przy zluszczaniu, kiedy trzeba "stara skore" jakos zrzucic, a cera, podrazniona np. retinolem, jest zbyt uwrazliwiona na peelingi mechaniczne.

      Meditopics peeling enzymatyczny

      Cudo z meditopics, MEDITOPICS BIOLOGISCHE PEELING, to polaczenia mechanicznego z enzymatycznym peelingiem. Mechanicznego sie naprawde nie dopatrzylam, enzymatyczny to jak najbardziej: sklad to polecane papaina z papai i bromelaina z ananasa.

      Producent zaleca nawet codzienne stosowanie w ramach wieczornego oczyszczania twarzy; lyzeczke proszku mieszamy w zaglebienu dloni z ciepla woda, i przez 1-2 minuty masujemy skore rotacyjnymi ruchami. Jezeli zalezy nam na porzadniejszym peelingu, nalezy w pojemniku wymieszac wieksza ilosc papki i masowac cere okolo 10 minut. Aby nie dopuscic do wysuszenia masy, koniuszki palcow nalezy zamaczac w odrobinie wody - enzymy sa aktywne tylko w wilgotnym srodowisku.

      Zaprawde, powiadam Wam: jezeli macie holenderskie ubezpiecznie zdrowotne, pedzcie do gabinetow dermatologii estetycznej. Czysty zysk ;)

       

       

      Sklad: Aluminium silicate, papain/bromelain, pumice

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 marca 2008 13:52

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com