proznosc

Wpisy

  • poniedziałek, 20 sierpnia 2007
    • Swedish Herbs Conditioners

      Forte Sweden to podobno szwedzka firma, obecna w Polsce od 1989 roku. Zainteresowałam się ich pochodzeniem, bo na opakowaniach adres jest polski, i chciałam ustalić, czy to kolejny polski producent, który uznał, że zagramaniczna nazwa lepiej brzmi marketingowo. Ale nie, tutaj to prawdziwi Szwedzi, przynajmniej teoretycznie.

      Nie wiem sama, co o tej marce myśleć. Co prawda na stronie chwalą się, że są obecni, poza rynkiem wschodnim (i mam tu na myśli bardzo wschodni), także na zachodzie, na przykład w Holandii. Owszem, obecni są, w najtańszej sieci Aldi, która tutaj ma duuużo gorszy status niż w Niemczech. Do holenderskiego Aldiego wchodzi się zasłaniając twarz parasolem, albo, chcąc być kontrowersyjnym, opowiada znajomym o zakupach tam jak o egzotycznej przygodzie, relacjonując niskie ceny i upolowane okazje.

      swedish herbs conditioner odżywka

      Ale do rzeczy. Mam aktualnie na stanie trzy odżywki do włosów z Forte Sweden: Arctic Berries. I jedno, co mogę stwierdzić na pewno, to to, że dokupuję kolejne innych firm, a te stoją, stoją, stoją... W zasadzie skład dobry - ziółka i inne wyciągi na 5-tym miejscu w każdej z nich. Teoretycznie formuły przemyślane: choć do połowy składy tej do włosów przetłuszczających się i tej do poddawanych zabiegom fryzjerskim są takie same, po połowie zmiany, na przykład obecność gliceryny, która mogłaby tłuste włosy za bardzo obciążać, a w farbowanych i po trwałej nawilży. Składy są stosunkowo proste, co też jest zaletą. Zapachy mocne, długo się utrzymują na włosach - szkoda, bo nie są zbyt udane. Konsystencje tragicznie rzadkie. I co? I nic. Mam wrażenie, że nie oddziaływują na włosy. Owszem, ułatwiają rozczesywanie (choć też niespecjalnie), i to na tyle. Nie obciażają, to fakt. Aha, i co najdziwniejsze, wszystkie trzy: do suchych włsoów, do przetłuszczających się i do farbowanych - w działaniu na włosach nie dają znacznych różnic. Gdybym ściągnęła z nich naklejki, nie udało by mi się zgadnąć, która jest która. Moglo być dobrze. Ale - nie jest...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 sierpnia 2007 22:35
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2007
    • O gadżeciarstwie i chusteczkach do demakijażu

      Muszę się przyznać do słabości: jestem straszliwym kolekcjonerem gadżetów. Wystarczy oferta, w której za kupienie 20 kg proszku do prania można dostać wisiorek czy zimową uszatkę, i koniec, przepadło, biegnę do kasy z 20 kg proszku, choć używam głównie płynów. Na swoje nieszczęście miszkam w Holandii, gdzie każdy sklep ma program lojalnościowy, a ilość promocji na miesiąc przekracza prawdopodobnie ilość akcji tego typu w Polsce w skali roku. Tumaczę sobie, że nie ja jedna, że nawet Nobla przyznają za wyjaśnienie mechanizmów dzięki którym przeciętny konsument sięga na tę a nie inną półkę, i że Holendrzy też uwielbiają promocje. Małż dodaje złośliwie, że owszem, ale jak przekroczą sześćdziesiątkę.

      Firmy takie, jak YR, mają we mnie wiernego kilenta. Nie, żebym lubiła ich produkty - kolorówkę mają beznadziejną, moje ulubione perfumy, Natue Millenaire, wstrzymali, kremów mam multum innych. Cóż więc pozostaje, poza dwa razy przepłacanym, nienajlepszymi wacikami, by dostać termofor na butelkę, plażową piłkę vel torbę, czy visiorek? (przegląd ostatnich trzech ofert, mających zwabić mnie do salonu)? Jak dla mnie, chusteczki do demakijażu. Występują w dwóch wariantach, do cery dojrzałej (Serum Vegetal) i normalnej (Pure Calmille). Składy są zupełnie różne! Serum Vegetal jest dwa razy droższy, i na drugim miejscu, zaraz za wodą, ma lentinus edodes, czyli po naszemu grzyby Shiitake.

      Pure Calmille chusteczki do demakijażuNie wiem, na ile ma to znaczenie - w końcu jest to produkt do demakijażu, a więc jego ewentualne właściwości pielęgnacyjne są drugorżedne; nie wiem też, cóż takiego mają w sobie Shiitake. W działaniu obydwa typy chusteczek są identyczne, więc, o ile nie zależy nam na uczuciu bycia egzotyczną pizzą, myslę, że spokojnie można kupić te o połowe tańsze.

      Chusteczki są naprawdę ok, zmywają wszystko, łącznie z makijażem oczu, nie zapychają porów i nie podrażniają. Obie wersje zachowują się mniej więcej tak samo. Są idealne przy uprawianiu sportów i potrzebie szybkiego demakijażu przed - w innym wypadku z w ciągu rozgrzewki mam w ustach całość tapety, która malowniczo spływa wraz z potem. Nadają się też, o ile smarujemy buzię filtrem matowionym mąką, a mieszkamy w krainie deczczowców, czyli średnio raz w tygodniu łapie nas deszcz, przerabiając precyzyjny makijaż w ciasto. Co prawda, opakowanie nie trzymają (szczególnie w tych tańszych) i naklejka trzymająca nie trzyma nawet się, ale można temu zaradzić wkładając do torebki strunowej. Wiem, L'oreal i Garnier pewnie by trzymały. Ale, proszę Państwa, jakoś muszę odbierać moje gratisy od YR.

      YR Serum Vegetal chusteczki do demakijażu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2007 22:26
  • poniedziałek, 06 sierpnia 2007
    • Biust w wersji Clarinsa

      Kremy do biustu. Do tej pory nie wiem, czy jest sens je używać. Na chłopski rozum, zupełnie powinien wystarczyć jakiś retinoid i ewentualnie zwykły krem do twarzy czy balsam. Oraz masaże, bo to one mają tu kluczową rolę. I naprzemienny ciepło-zimny prysznic - podobno cudotwórczy.

      Tyle rozsądku. Lęk przed totalnym zwisem, wprost proporcjonalny do krzyżyków na karku, włącza mi w drogerii automatycznego pilota na kremy do biustu. Nie, żeby ten sam lęk zmusił mnie w końcu do stosowania zimnych natrysków, co to, to nie. Eh, niekonsekwencji...

      Do rzeczy: Clarins Body Firming Cream

       

      clarins bory firming cream biust

      http://int.clarins.com/main.cfm?prodID=60

      Nie chce mi się tu przepisywać ulotki, na której stoi elegia na temat ujędrniania itp; m. in. krem (a właściwie silicum) ma stymulować produkcję kolagenu i elastyny, nie tylko biustu, ale też wszelkich innych cześci ciała, które mogą wymagać "wsparcia". Clarins generalnie nie jest moim faworytem: te wszystkie 6% ekstrakty z roślin tak naprawdę nie są w składach w jakichś straszliwych ilosciach (z pewnymi wyjątkami). Ten krem też jest niestety taki sobie. Rzeczywiście, szybko się wchłania, ładnie pachnie, i to by było na tyle. Otworzyłam, użyłam, zużyłam. Wpływu na biust nie odnotowałam. Ogólnie - spokojnie można kupić tańszy. Clarins ma też podobno dwa preparaty specjalnie na biust (u mnie ich nie mieli), ale ja już się chyba nie skuszę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 sierpnia 2007 12:01
  • niedziela, 05 sierpnia 2007
    • Sans Soucis

      Sans Soucis kupiłam w gabinecie najlepszej kosmetyczkki, u jakiej byłam, mojej serdecznej przyjaciółki Oli. Olu, do tej pory cierpię, że nie uprawiasz czynnie zawodu! I choć Ola była kosmetyczką idealną, ten kosmetyk nie dorósł moim oczekiwaniom do pięt. Zresztą, mea culpa, w czasie zabiegu Olencja namawiała na Avenę, popularną i cenioną. Ja jednak się uparłam, cena ta sama, raz kozie śmierć. Chciałam wypróbować nieznaną markę. Wypróbowałam, i już nic od nich nie kupię.

      Maseczka (Fresh Beauty Moisture Mask for all skin types) miała być żelowa i nawilżająca. Zgadnijcie, który z tych warunków spełniała. Używałam jej w domu, na kanapie, pod prysznicem, w saunie, po sunie, w hamamie, licząc, że któreś z tych warunków klimatycznych w końcu aktywują moje utopione 70 zeta do działania. Nic z tego, maseczka pozostała głucha na starania. Nakładałam żel na twarz, zmywałam, odnotowywałam ściągniecie cery, amen.

      A powinnam dokładnie przecztać polską naklejkę na opakowaniu: choć maska nazywa się nawilżająca, litościwy tłumacz, czy też tłumaczka, nie zająkuje się nawet słowem na ten temat, obiecując tylko natychmiastowe odświeżenie (no jasne, maseczkę trzeba zmyć wodą), gładkość i delikatność, nawet dla suchej skóry. Z jednym tylko z owej informacji się nie zgodzę: oznaki stresu nie znikają, a wręcz przeciwnie, w moim wypadku odnotowano znaczne nasilenie. Nazywając rzecz po imieniu, po każdej aplikacji trafiał mnie szlag. Sans Soucis maseczka nawilżająca

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 sierpnia 2007 10:06
  • piątek, 03 sierpnia 2007
    • Zmywacze i metody

      Jasne, że człowiek chciałby chodzić regularnie na manicure. Chcieć nie zawsze oznacza móc, większość z nas dba o łapki w domu. I tu pojawia się kwestia zmywaczy. Z pewną taką nieufnością przeczytałam, jak Guru (znane reszcie świata jako Paula Begoun) pisze:

       http://www.cosmeticscop.com/learn/pf.asp?ID=77

      że naprawdę nie ma znaczenia, czy zmywacz do paznokci ma aceton, czy nie, czy uzbrojony jest w te wszystkie bajery, które mają pomóc płytce w regeneracji, czy jest najtańszym, śmierdzącym, supermarketowym wynalazkiem, przy którym mąż otwiera okno głośno wzdychając (w najlepszym razie). Jak to, a więc 2 zł z kiosku = 30 zł od Rimmla czy innego YR?

       

      Rimmel zmywacz paznokci

      Pauli wierzę może nie bezgranicznie, ale zdecydowanie jest autorytetem. Jednak zmywacz Rimmla z odżywczymi składnikami w sposób wyraźny służy moim paznokciom bardziej - mniej je wysusza, jest łagodniejszy. Zastanawiam się, na ile to autosugestia... Pamiętacie zmywacz w szklanej buteleczce z kiosku ruchu? Z plastikowym korkiem? Kilka razy wylał mi się w bagażu... Chociażby dlatego warto czasem zainwestować w droższy produkt - jeżeli nie paznokcie, przynajmniej ubrania mniej ucierpią.

      Sama wiem jedno: znaczenie ma sposób, w jaki zmywamy paznokcie. Po latach tarcia i pocierania Ania, moja była współlokatorka, wprowadziła mnie w tajniki sztuki prostej jak budowa cepa: na paznokciu kładzie się wacik, w międzyczasie oglądaTV/ błądzi w sieci/ plotkuje, po minucie ściąga lakier jednym gestem. Metoda b. wskazana także przy demakijażu oczu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 03 sierpnia 2007 22:34
  • środa, 01 sierpnia 2007
    • CCB

      Sposób, w jaki działają wielkie koncerny kosmetyczne, jest przykładem na koronkową wręcz robotę wielkiej sieci, omotującej konsumenta z przerażającą precyzją. Przykładem jest tu L'oreal. Owszem, koncern wchłaniał najróżniejsze marki, a nie tworzył je od podstaw; co nie zmienia faktu, że jako L'oreal jest dostępny w supermarketach, jako La Roche Posay - w aptece, jako Lancome - w ekskluzywnych perfumeriach, żeby wymienić tylko kilka. Spece z L'oreala wpadli także na to, że część kobiet ceni sobie możliwość dokonania zakupów w zaciszu domu (a najczęściej, nie oszukujmy się, daje się zwabić ofertom i gratisom). I tak, istnieje pododdział L'oreala sprzedaży wysyłkowej: CCB, Centre des Createurs de Beaute (http://www.ccbparis.com/). Operuje głównie w krajach Beneluxu, choć niestety, od paru miesięcy już nie w Holandii. Nie prowadzi agresywnych kampanii reklamowych, właściwie mało kto o nim słyszał. Jak każda firma wysyłkowa, CCB stara się kusić i utrzymac klientki przemyślanymi kampaniami i ofertami (aż się boję myśleć, jaka psychologiczna mrówcza praca za tym stoi). Są, skubańcy, skuteczni: zwykle co nowa oferta, coś od nich zamawiałam.

      A zamawiać warto, bo w serii Cosmence mają te same produkty, co na przykład La Roche Posay, ale taniej. Na przykład Mission Perfection to dość dokładna kopia Effaclara z kwasami (mam jeszcze resztki obydwu w tubkach, i naprawdę, niczym się nie różnią - z tego, co mnie pamięć nie myli, porównywane były też na śp Biochemii, z podobnym efektem); filtry (na przykład Anthelios Fluide) odpowiadają sobie poza dodanym  w CCB zapachem. Seria ma też kosmetyki właściwe tylko dla siebie - jeden z moich dawnych faworytów to Incredible Touch Huile d'Abricot Skin Moisturizer - pamiętacie brzoskiwniowy krem Avonu?cosmence krem brzoskwiniowy

      Taki w większym słoiczku? W swoim czasie był bardzo popularny, to zresztą chyba jeden z pierwszych kremów, jakich używałam. Avon nie był najlepszy, jedyną zaletą używtkowania był jego zapach - był tak smakowity, że miałam go ochotę wyjadać ze słoiczka. Cosmence to taka szlachetniejsza wersja tego kremiku, równie silnie pachnąca, o zbliżonej konsystencji. W ramach podróży stentymelnatnej - warto.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 01 sierpnia 2007 23:20

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com