proznosc

Wpisy

  • środa, 29 lipca 2009
    • Eveline, Slim Extreme 3D Spa!, Serum ujędrniająco-modelujące do biustu

      Eveline, Slim Extreme 3D Spa!, Serum ujędrniająco-modelujące do biustu

      Nie jest to mój ulubiony krem, ale najwyraźniej cieszy się sporym powodzeniem: produkowany jest od co najmniej 2005 roku, i nadal można go znaleźć w drogeriach. Niech nie zmyli Was zielona wersja: choć nazwa jest podobna (Eveline, Slim Extreme 3D Professional, Aktywne serum do biustu - kuracja powiększajaca i modelująca), nie jest to jego następca, skład obu kosmetyków jest zupełnie różny.

      krem do biustu

      Po pobieżnym przejrzeniu sieci, widzę, że opinie internautek są zbliżone do mojej: niby dobry, niby nawilża, ale jednak nie jest to aksamitny krem Bielendy. Właściwie nie mam mu nic poważnego do zarzucenia, tym niemniej pod koniec opakowania dość mocno się męczyłam.

      Krem ma gęstą konsystencję i mocny, nieco różany zapach (zbyt wyrazisty!). Dobrze się rozprowadza, pozwalając wykonać masaż piersi. Niestety, do masażu też zmusza: wchłania się nie najlepiej, i po prostu trzeba go wpracować w skórę. Pozostawia delikatną, lepką warstewkę, powodującą, że jednak go już nie kupię. Drugim z powodów jest to, że choć powinien nawilżać, mam wrażenie, że niczego ze skórą nie robi. Działanie na rozstępy ma żadne. Ot, krem. Dziwne jest to o tyle, że na ś.p. biochemii urody Basia - bichemiczne guru - pochwaliła kiedyś jego skład, zaznaczając, że może z niego skorzystać nie tylko biust. Krem ma dość duże stężenie centella asiatica, jednego z najpopularniejszych składników kremów przeci rozstępom; do teo kolagen i elastynę, a także kilka ciekawych wyciągów.

      Nie najgorszy, nie najlepszy. Jego niewątpliwą zaletą jest niska cena (przy ciekawym składzie), i stąd pewnie wynika jego popularność.

      Skład: Purfied Water, Glycerin, Centella Asiatica, Hydrolysed Collagen, Hydrolysed Elastin, Cetyl Alcohol, Hedera Helix (lvy) Extract, Panax Ginseng Root Extract, Glycine Soja Oil, Laminaria Hyperborea, Caffeine, Propylene Glycol, Sodium Polyacrylate, Glyceryl Stearate SE, Dimethicone, Phenoxyethanol / Methylparaben / Butylparaben / Ethylparaben / Propylparaben, Ginkgo Biloba Extract, Mari Sal, Glycerin / Propylene Glycol / Lecithine / Ubiquinone, DMDM Hydantoin, fragrance, Linalool, Lilial / lysmeral / BMHCA.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2009 12:20
  • wtorek, 28 lipca 2009
    • Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust

      Moim hitem nr jeden wśród balsamów do pielęgnacji piersi jest nasza polska Bielenda, krem o wdzięcznej, tfu, nazwie: Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust. Omijałam opalowanie na półce drogerii przez dłuższy czas, czując się upokorzona tym, co graficy Bielendy myślą o kobietach i w jak niskie pobudki uderzają. Skusiłam się dopiero po podsłuchaniu ekspedientki Super Pharm, mówiącej, że krem  - jako jedyny z tego asortymentu - jest rewelacyjny i schodzi im bardzo szybko. Nadal nie mogąc patrzeć na opakowanie, zaniosłam krem do domu, i bardzo przyjemnie się zaskoczyłam.

      Bielenda sexy look biustu

      Krem jest gęsty, ale bardzo dobrze się rozprowadza. Ma upajający, wykwintny (i ciężki!) zapach, znacznie wpływający na jakość stosowania. Bardzo dobrze nawilża biust, i w tym, jak mniemam, leży jego sukces (nawilżona skóra siłą rzeczy wygląda lepiej). Jest bardzo komfortowy w użyciu, producent nazywa go "aksamitnym", i jestem skłonna się w tym wypadku z nim zgodzić, choć wbrew pozostałym obietnicom serum nie zmienia rozmiaru biustu, nie regeneruje zmasakrowanych karmieniem piersi, i nie podnosi ich do góry (jak, na Boga, miałby to zrobić? Biust trzymają więzadła, a tam nie ma prawa dotrzeć) ale rzeczywiście świetnie pomaga w codziennej pielęgnacji.

      Bardzo mnie ubawiło na opakowaniu istnienie dwóch typów biustu: miseczki A i B (małych) oraz C i D (dużych). Jako GG pewnie nie istnieję dla producenta (to taka polska cecha producentów produktów do biustu...). I to w zasadzie koniec śmiesznostek, bo te nagie piersi są dla mnie przerażające - niestety, bardzo widać tu męską rękę w prowadzeniu projektu graficznego (podobnie jak w postałych z tej serii).

      Bielendo! To jest kosmetyk dla kobiet! Ja nie chcę oglądać nagich cyckow, i nie chcę być na siłe seksi, ja chcę tylko zadbać o moje atrybuty!!! Pewnie w założeniu kobiety miały dążyć do uzyskania takich samych balonów - cóż, nie tędy droga, obawiam się. Najwyraźniej jednak albo klientkom opakowanie nie przeszkadzało aż tak bardzo, albo krem jest tak dobry, jak mi się wydaje - kosmetyk ma na wizażowym KWC rekordową, jak na preparat do biustu, liczbę wpisów. A co Wy myślicie o takiej szacie graficznej?

       

      Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Kigelia Africana Extract, Butylene Glycol, Caprylic/Capric Triglyceride, Coco-Caprylate/Caprate, Cetyl Palmitate, Sodium Polystyrene Sulfonate, Propylene Glycol, Cimicifuga Racemosa (Black Cohosh) Root Extract, Ethoxydiglycol, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Caviar Extract, Glyceryl Polymethacrylate, Rahnella/Soy Protein Ferment, Glycerin, PEG-8, Palmitoyl Oligopeptide, Hydrolyzed Elastin, Hydrolyzed Collagen, Gold, PEG-75 Stearate, Ceteth-20, Steareth-20, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Polysilicone-11, Laureth-12, Sodium Acrylates Copolymer, Disodium EDTA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, Parfum, Benzyl Salicylate, Citronellol, Geraniol, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexane Carboxyaldehyde, Linalool

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bielenda Sexy Look, Serum Perfekcyjny biust”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2009 22:41
  • niedziela, 26 lipca 2009
    • Vaseline Moisture locking (bezzapachowy balsam)

      Gdyby wszystkie balsamy do ciała były takie, jak ten, nie czułabym się tak bardzo pokrzywdzona wygnaniem do a-zapchowej kategorii.

      vaseline balsam

      Mamy tu wszystko, czego można by się spodziewać po produkcie takiego potentata, jak Vaseline: balsam jest bardzo treściwy (alergicy są najczęściej posądzani o suchą skórę, co, z moich obserwacji, najcześciej jest prawdą), ale ładnie się wchłania, można wręcz po kilku minutach założyc jeansy. Nie pachnie niczym, konsystencji nie ma specjalnie ciężkiej (bezproblemowo wychodzi z opakowania), choć przy aplikacji nieco się jego ciężar czuje. Nie jest najtańszy z kosmetyków supermarketowych, bo kosztuje jakieś 5 euro, czyli 2x więcej niż zwykłe balsamy, jednak za jakość można mu to wybaczyć. Podoba mi się jego opakowanie, siremiężnie proste, i podoba mi się stojąca za nim informacja: prosty, nieuczulający skład bez zbednych ozdobników, w prostym opakowaniu.

      Ogólnie jestem bardzo na plus, szczególnie zimą, i na pewno do niego wrócę.

      Firma zaś podoba mi się coraz bardziej: mają specjalną serię do ciemnej skóry z cocoabutter. O maśle kakaowym wiem od czarnoskórych znajomych, że jest przez nie namiętnie używane do pielęgnacji ciała. Cała seria będzie zapewne bardo gęsta i treściwa, według reklam ma tez przywracać skórze blask. O ile taki piękny połysk oliwki na ciemnej skórze wygląda pysznie, na białej mógłby się prezentować po prostu tłusto, stąd świetnie, że koncern pomyślał o oddzieleniu grup konsumenckich.

       

      A tak prezentuje się skład balsamu dla alergików:

      vaseline balsam skład

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Vaseline Moisture locking (bezzapachowy balsam)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lipca 2009 00:13
  • sobota, 25 lipca 2009
    • Bravissimo!

      Służbowy wyjazd do Londynu jawił mi się przede wszystkim jako wyprawa do stanikowego raju. Oczyma wyobraźni widziałam samą siebie w Bravissimo, otoczoną wianuszkiem usłużnych ekspedientek, dobierających mi najlepiej na świecie pasujący biustonosz. Niestety, rzeczywistość okazała się nie dorastać mitowi do pięt.

      Bravissimo Londyn, Oxfordstreet (28 Margaret Street, W1W 8RX)

      Sklep ma charakterystyczny układ, powtórzony także w Leeds, z czego wnioskuję, że wybór architektoniczny jest celowy. Na górze, na wieszakach, ekspozycja, na dole sala dla oczekujących i przymierzalnie. Zgrzyt nr jeden: sklep jest zapchany klientkami, nikt się mną nie interesuje. Nie wiem, gdzie mam iść ani kogo zapytać o mój rozmiar; na dole, w części przymierzalniczej, jest jeszcze gorzej, dwie ekspedientki biegają w amoku, tłum klientek czeka na sofach i w przejściu. Potulnie czekam, aż ktoś wskaże mi wolną przymierzalnię i odpowie na moje pytania. W końcu zostaję skierowana do odpowiedniego pomieszczenia (teraz już wiem, że można po prostu wejść z rzeczami z wieszaka do pierwszej wolnej przymierzalni). Pobróbuję poprosić o kilka wybranych modeli w moim rozmiarze. Jak się okazuje, prawie niczego nie ma, a ekspedientki, biegnące do następnego kilenta, ograniczają się do pośpiesznego rzucenia: tego modelu nie mamy!

      Bravissimo Londyn - zdjęcie ze strony sklepu (zdjęcie ze strony sklepu)

      Kolejnym zgrzytem jest kwestia dopasowania: obojętnie, czy mierzę Panache, które ledwo dopinam, czy luźną Freyę, wg specjalistek leżą idealnie. Za małe miseczki? A proszę poluzować ramiona, widzi pani, nie jest źle (Confetti). Brak Arizy pani kwituje: proszę wziąć Elizę, to ten sam model (w Bravissimo w Leeds pani tłumaczy mi, czym się te modele różnią - różna miska, różne wykrojenie pod pachą, różny kształt biustu). Lepiej robi się przy mierzeniu ubrań, panie doradzają nie brać za małej bluzki.

      Ogólnie asortyment bardzo średni, w moim rozmiarze są, poza standardami które mam czy znam (typu Tango czy Harmony, a i to w ograniczonych kolorach) dostępne jedynie resztki kolekcji, która, bądźmy szczerzy, nie jest powalająca (taka sama, jak w papierowym katalogu). Nie mam szans na Miss Mandalay, Masquerade, kolorowe Panache.

      Ogólne wrażenie: być może, gdybym umówiła się na bra-fitting, obsługa poświęciłaby mi więcej czasu. Być może, gdybym nie była w sklepie zaraz przed wyprzedażą, asortyment byłby lepszy. Natomiast w kwestii dobrania biustonosza, londyńskie Bravissimo nie powaliło mnie na kolana. Powalający był za to brak jednocześciowych kostiumów kąpielowych w moim rozmiarze (w środku lata!!!). Niestety, panie nie pokusiły się o podanie sąsiednich rozmiarów (być może ich także brakło).

      Dużo lepiej jest w Leeds, gdzie obsługujące mnie panie mają więcej do powiedzenia na temat wybranych modeli (albo raczej: tego co im zostało w rozmiarówce). Ich rady są praktyczne: jeżeli Tango II w 30G jest dużo za małe, a w 30GG za duże, to trzeba poszukać innego modelu, bo ten jest niekompatybilny. Jeżeli full cup Harmony 30GG jest za duże, trzeba rzucić okiem na balkonetkę, bo powinna być dobra. Ariza nie jest klonem Elizy! Jeżeli stanik jest nieco za duży, a najprawdopodobniej mniejsza miska będzie dużo za mała, lepiej brać ten większy, bo lepsze minimalne luzy niż bułki (a w londyńskim mini bułeczki, wg ekspedientki, wyglądały dobrze). Zakładanie stanika: pochylamy się do przodu i wytrząsamy jabłuszka, jak to opisała Kasica. Lojalnie uprzedzam, że chcę przymierzyć wszystko, co mają w moim rozmiarze, bo zamawiam przez internet, i chcę wyrobić sobie opinię o jak największej ilości ubran i staników; ekspedientka nie robi żadnego problemu, dodając na końcu, że powinnam zamawiać 30GG, balkonetki. Jedyne, co także i tu mnie zaskoczyło, to swobodne traktowanie obwodów - paskudnie luźna freja dobra, ultra-ciasne panache - dobre.

      (zdjęcie ze strony sklepu)

      Podsumowując: obsługa w Leeds zdecydowanie lepsza, niż w Londynie.

      W Leeds trafiam też na wyprzedaż: większość staników przeceniona jest do 19 funtów, bluzek - do 9. na wyprzedażowych artykułach nie przeprowadza się brafittingu!

       

      Bravissimo, ze względu na ubrania i kwalifikacje personelu, nadal jest sklepem, który będę polecać znajomym, szczególnie tym z mniejszym doświadczeniem. Brak całej rozmiarówki na wieszakach ma swoje wady i zalety - przekonałam się o tym w Debbenhamsie, gdzie wieczność zabrało mi samodzielne przeszukanie dziesiątek standów (wrócę do tego tematu później). Jednak nie jest to sklep moich marzeń - ku mojemu zaskoczeniu, dużo lepiej zajęto się mną w poznańskim sklepie Yoshi (a wybór w moim rozmiarze był tylko trochę gorszy).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2009 00:26
  • środa, 22 lipca 2009
    • Jak Hause of Fraser uświadomił mi, że sprzedają rzeczy poniżej ich wartości

      Raz na jakiś czas czytam z rozbawieniem doniesienia o polskich gwiazdach latających na shopping do Londynu. O ile chwalenie się tym w "Fakcie" niekoniecznie należy do dobrego smaku, w jednym zgadzam się z polskimi wannabecelebrities. Uwwwwwielbiam londynskie domy towarowe. Niestety dla mnie, już samo zbliżanie się do drzwi Selfridge wywołuje u mnie równie pre-orgazmiczne reakcje, jak te świetnie pokazane w "Wyznaniach shopoholiczki". Ten świecący wystrój, pięknie eksponowane towary, nigdzie się nie spieszące sprzedawczynie, ten powalający wybór dóbr wszlakich...Niestety, jak każdy długo pieszczony - na wpół wytwór fantazji - i ten idealny obraz ma rysy.

      http://www.guardian.co.uk/business/2008/oct/16/houseoffraser-retail-iceland (Ilustracja ze strony Guardiana:

      http://www.guardian.co.uk/business/2008/oct/16/houseoffraser-retail-iceland)

      W sobotę w House of Fraser na Oxford Street (podobno flagowym sklepie sieci!!!) chciałam nabyć torebkę DKNY. Mój ukochany Esprit w czasie podróży po UK naderwał sobie ucho, i tak, potrzebuje nowej torebki zakładanej przez ramię (wiem, że wyglądają idiotycznie, ale o ile mogę jeździć rowerem w szpilkach, jednak nadal do codziennego poruszania się po mieście preferuję torebki zakładane na skos). Ponieważ była to jedyna torebka w promieniu trzech domów towarowych z gatunku "crossover" i stylu na wpół casual, ale jeszcze nie sportowym, i cenie niższej niż 1000 PLN, byłam bliska utopienia w niej gotówki. Niestety, mama wpoiła mi zasadę, od której niechętnie robię odstępstwa: torebka powinna być ze skóry. Owa DKNY nie miała żadnych oznaczeń, pognałam więc radośnie do najbliżej stojącej ekspedientki:

      - Ja nic nie wiem, ja jestem z działu portfeli, ale wie pani, mi to na oko wyglada na ceratę. Pani idzie do koleżanki, tam, przy ladzie.

      I tu zaczęły się schody. Nie wiem, czy był to mój podarty Esprit, biżuteria wykonana przez teściową, czy brudne jeansy (to był mój ostatni dzień w UK, i cóż, nie wyglądałam specjalnie zachęcająco), w każdym razie, pani ekspedientka nie kwapiła się z zauważeniem mojego radośnie uśmiechniętego pyska. W końcu rzuciła mi łaskawe spojrzenie:

      -Dzeń dobry, z czego wykonana jest ta torebka - ekspedientka bierze torbę niechętnie do ręki.

      -Ze skóry - jedno szybkie macnięcie, podaje mi torbę spowrotem.

      -Jest pani pewna?

      -Ze skóry.

      -A gdzie znajdę metkę potwierdzającą surowiec? - zapytałam nieświadoma, jaki wytrysk z krynicy wiedzy prowokuję.

      -Proszę pani, to nie są buty, torebkę kupuje się, bo się podoba, a podobać się ma niezależnie od materiału.

      -Tak, ale...

      -Proszę pani - powiedziała wyraźnie już poirytowana ekspedientka, wyrywając mi torbę z dłoni- widzi pani tę cenę? Za te pieniądze to nie może być plastik. Plastik nie byłby wart takich pieniędzy. ("It would not be worth that money").

      -Ale to DKNY... - próbowałam ostatnich argumentów, bo naprawdę chciałam tę torbę kupić.

      -Co też pani, to nie jest jakaś ekskluzywna marka.

      Cóż, dałam się przekonać, Pognałam jeszcze raz do lustra, coby podjąć ostateczną decyzję co do koloru. Wracam z przepiękną, czarną DKNY do kasy, przy ktorej stoi też inna ekspedientka. Moja nemezis stoi tam również, i najwyraźniej postanawia mi udowodnić, jakim jestem matołem, bo pyta koleżankę: te torebki są ze skóry, nie? Na co koleżanka:

      -Ależ skąd, to PCV. Wiem na pewno - w tym momencie usłyszałam w głowie owo oburzone "plastik nie byłby wart tych pieniędzy!", powiedziałam dziękuję i wyszłam.

      Cóż, runął nieco mój pracowicie wypracowany mit londynskich sklepów. Gdyby owa ekspedientka wykazała się odrobiną empatii (czy zmysłu kupieckiego), i powiedziała coś, co chciałam usłyszeć, typu "to nie skóra, ale płaci się za design i nazwisko projektanta, no, a czyż ta torebka nie jest śliczna/nie pasuje pani idealnie/to ostatni trend mody", albo, w wersji absolutnego minimum, najlepiej nie mówiła nic o cenie, bo jednak ta kwestia przypomniała mi, że może jednak nie powinnam wydać ostatnich pieniędzy na DKNY, choćby była najładniejsza na świecie...

      I w ten sposób House of Fraser uświadomił mi, że torebka, którą sprzedawali, nie była warta pieniędzy, które za nią chcieli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 22 lipca 2009 11:06

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com