proznosc

Wpisy

  • czwartek, 30 czerwca 2011
    • Siulka - krolestwo skladow

      Nie wiem, czy znacie, ale warto rzucic okiem: http://siulka.blogspot.com/.

      Z pozoru blog jak blog - mnostwo product placement ;), troche za duze zdjecia i odrobine za rozbudowane notki (zaznaczam, ze jest to moja osobista opinia osoby, ktora nie za czesto zaglada na blogi  i moze ma trudnosci z poruszaniem sie po nich, osoby przyzwyczajone do blogowych layoutow zapewne beda sie tu poruszac znacznie latwiej), ale w tym gaszczu prawdziwa perelka: swietne rozpisania skladow kosmetykow, bardzo szczegolowo i dokladnie, z rozbudowanymi opisami poszczegolnych elementow. Jak wynika z zakladki "kontakt", Siulka jest (czy tez byla) studentka kosmetologii, mozna wiec zaufac podawanym przez nia informacjom. Jak dla mnie rewelacja, bo w koncu mozna sobie spokojnie, do porannej kawy, przerzec sklad i jego "tlumaczenie" podane w bardzo czytelny i przyjazny uzytkownikowi sposob, a do tego bardzo, bardzo szczegolowo. Super! Zaluje, ze wczesniej nie odkrylam tego bloga!

       

      siulka blog

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Siulka - krolestwo skladow”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 czerwca 2011 12:33
  • środa, 29 czerwca 2011
    • Pianka do mycia twarzy Effaclar H

      Pianka do mycia twarzy Effaclar H

      Z (rzadkiego) gatunku: drogie, ale dobre. Super produkt dla kobiet, które fetyszystycznie zazdroszczą mężczyznom pianek do golenia :) Mnie tam zawsze było szkoda, że my tylko te kremy i żele, a oni mają mięciutkie, puchate pianki. No, więc najwyraźniej w La Roche ktoś był łaskawy pomyśleć też o takich rąbniętych klientkach, albo może o samej frmie, bo pianka jest świetna i pioruńsko niewydajna, z czego łatwo przewidzieć duży zysk małym kosztem. Skończyła mi się z zawrotną prędkością, a mimo to, uwaga uwaga, wrócę do niej.

      Effaclar H piankaNie sugerujcie się przeznaczeniem dla skór tłustych: pianka jest jedwabista i gęsta (naprawdę toczka w toczkę jak męskie pianki do golenia), świetnie oczyszcza, ale nie wysusza skóry. Nie pozostawia filtra na twarzy, jak czyni to wiele produktów do cer wrażliwych i stosowania z wodą, niemniej nie ściąga jej też na beton. Jedyny ostatnio zmywak, po którym nie musiałam nakładać nawilżacza, a przynajmniej nie natychmiast. Nie wiem, czy to brak SLS? Jednak nie tylko, bo inne zmywaki bez SLS nie robią na mojej skórze aż takiego wrażenia. Gdyby nie cena i wydajność, byłby to mój nr jeden w oczyszczaniu, bo do samego produktu naprawdę nie mogę się przyczepić.

       

      Skład: Aqua/Water, Coco-Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Dimethyl Ether, PEG-30 Glyceryl Cocoate, PEG-200 Hydrogenated Glyceryl Palmate, Polysorbate 20, Sodium Chloride, Isobutane, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Bisabolol, Butane, Zinc PCA, Glycerin, Disodium EDTA, Propane, Citric Acid, Polysorbate 21, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2011 10:36
  • wtorek, 28 czerwca 2011
    • Kanebo maska i IciParis

      W czasie ciąży Próżnej włączył się gen księżniczki, przez co czuła się usprawiedliwiona raz na jakiś czas stosując terapię zakupową. A że jedyne relaksujące zakupy to zakupy kosmetyczne, cóż robić, na automatycznym pilocie kończyłam w perfumerii. Akurat na zakup tego Kanebo miałam dobry powód, wierzcie. Kupiłam, zatarabaniłam się i olbrzymi brzuch do domu, otworzyłam... i moje nozdrza uderzył przykry zapach chemikaliów. Ciąża ciążą, ale ta maska była ewidentnie zepsuta. Opinie w sieci (piekny, kwiatowy, intensywny zapach) tylko mnie utwierdziły w przekonaniu. Wysłałam maila do Kanebo z kodem podanym na dnie opakowania. Kanebo odpisało błyskawicznie: kto zgadnie, o ile maska była przeterminowana? Pół roku? Rok? Półtora? Otóż ta właśnie maseczka, kupiona w licencjonowanej perfumerii Ici Paris, wyprodukowana została w 2005, czyli jej życie półkowe dobiegło końca jakieś trzy lata zanim ją zakupiłam.

      kanebo maska do włosów

      Wkurzyłam się niemożebnie, jednak to nie koniec. W IciParis ekspedientka przyjęła reklamację, rzuciła okiem na wydruk maila od dystrybutora, oddała mi pieniądze i powiedziała do widzenia. Nie usłyszałam nawet jednego przepraszamy, nic, jakby sprzedawanie maseczek za 50 euro przeterminowanych o kilka lat było w tej sieci normą. A ja głupia myślałam, że obsypią mnie gratisami i będą całować po piętach. Na szczęście dystrybutor w międzyczasie wykazał się większą wolą zatrzymania klienta: firma wysłała mi mi mini-zestaw produktów. W ten sposób nie zraziłam się do Kanebo, natomiast IciParis omijam bardzo szerokim łukiem.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2011 11:56
  • poniedziałek, 27 czerwca 2011
    • De Tuinen Pure Handcreme Honey

      Pure Handcreme Honey

      Mamy tutaj w NL sieć sklepów DeTuinen, specjalizującą się w teoretycznie naturalnych kosmetykach, olejkach do kominków, ekskluzywnej herbacie i suplementach. W praktyce sieć sprzedaje głównie kosmetyki własnej marki, oraz Dilmaha, i pozostaje w orbicie pozornych, komercyjnych do bólu, eko (w cudzysłowiu) sklepów. Wchodzę tam jednak czasami po wspomnianą wyżej herbatę, i najczęściej na niej się nie kończy.

      DeTuinen krem W ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką kremu Pure Handcreme Honey. Krem w wyjściowej cenie to bodaj 8 euro, mój kupiony w promo za 2. I naprawdę, już dwa to za dużo. Na opakowaniu producent zapewnia, że krem nie ma parabenów i jest z naturalnymi składnikami. Ach, ta giętkość języka, pozwalająca ukryć w gąszczu chemii może ze dwa składniki naturalne! Miód zaś, od którego krem ma nazwę, pojawia się gdzieś w połowie składu. To nie jedyny pozór, bo krem działa też, niestety, pozornie. Zaraz po aplikacji ręce są miękkie i mają przyjemny, gilcerynowy, nielepiący film. Jednakże jest to jeden z tych kremów, po który sięgać trzeba co 15 minut, bo po tym mniej więcej czasie skóra zaczyna błagać o zniwelowanie ściągnięcia. Mam nawet podejrzane wrażenie, że, gdy go nie używam, potrzeba posmarowania rąk pojawia się mniej często. A myślałam, ze poza Avonem innym firmom nie uda się takie osiągnięcie...

      Szybki rzut oka na skład pozwala rozwiązać zagadkę: krem ma na samej górze alkohol. Zakładam, że to po to, by krem szybko się wchłaniał, jednak taka ilość % po prostu wysusza skórę:

      Składniki: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Stearic Acid, Paraffinum Liquidum, Simmondsia Chinensis Oil, Dimethicone, Ethoxydiglycol, Mel, Butylene Glycol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glyceryl Stearate SE, Benzyl Alcohol, Propylene Glycol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Panthenol, Ceteareth-20, Sodium Ceterayl Sulfate, Oleyl Erucate, Parfum, Xanthan Gum, Allantoin, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Cl 19140, Cl 15985.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „De Tuinen Pure Handcreme Honey”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2011 13:51
  • sobota, 25 czerwca 2011
    • Precleanser Dermalogica

      Dermalogica Pre cleanser

      Do idei pre-cleanse przekonała mnie moja kosmetyczka, kobieta zimna i skoncentrowana na zarabianiu i tylko zarabianiu, ale przy tym genialny specjalista. Mam z nią typową relację miłość/nienawiść. Owa kosmetyczka wcisnęła mi precleanser Dermalogica, twierdząc, że przy tłustej cerze zmycie najpierw filtrów, makijażu i całodziennego brudu najpierw olejkiem, a dopiero później normalnym zmywakiem, dopiero dobrze przygotuje cerę do właściwej pielęgnacji. Próbowałam nieśmiało zaprotestować, że i tak przed myciem twarzy ściągam te wszystkie warstwy mleczkiem kosmetycznym, ale podobno mleczko nie rozpuszcza łoju (pardon! zawsze mnie bolą zęby, jak widzę to słowo) tak dobrze, jak olejki. A to ma wielkie znaczenie przy stosowaniu kwasów i innych skladników, co do których aktywności chcemy być pewni (szczególnie, że płacimy za nie krocie...).

       

      olejek myjący dermalogicaCóż było robić, spróbowałam. Ba, nawet w zapale neofitki pisałam o tymże olejku na Femineusie. Femineuski, stare wyjadaczki, szybko zgasiły mój entuzjazm: dla fanek biochemii mycie samorobnymi olejkami to nie pierwszyzna. Dlatego też po jednym opakowaniu Dermalogica już do niej nie wróciłam - wyjściowa cena 45 euro jest straszna, a to samo (a podobno nawet lepsze) można wyprodukować w domu. Nawet Beautypedia w nieprzychylnej recenzji podaje, że olejek to właściwie same trójglicerydy i oleje roślinne, które to można równie dobrze (a nawet lepiej, bo taniej) samemu zastąpić jojobą lub oliwą z oliwek.

       

      A właściwości olejku Dermalogica? Ma on, po pierwsze, przepiękny ziołowy zapach. Nie lubię takich woni, tu jednak działała prawdziwa aromaterapia, szczególnie, że nie dodano sztucznych kompozycji zapachowych. Olejek nakłada się łatwo i lekko, po zmoczeniu rąk zaczyna robi się mleczno biały i zyskuje baaardzo delikatną piankę. Nadaje się do oczu, i rzeczywiście, nie podrażnia. Spłukuje się łatwo, i nie wchodzi w interakcję z następnie nakładanym środkiem do mycia, cokolwiek by to nie było (nawet bardzo słabo myjące Image). Nie za bardzo widzę sens pakowania do składu wszystkich tych cudownych składników, w końcu olejek pozostaje na skórze może minutę, po czym jest traktowany ostrzejszym detergentem, jednak z jakiegoś powodu producent uznał, że warto, a ja nie marudzę, bo naprawdę, nie miałam się tu do czego przyczepić. Olejek jest wydajny jak smok, opakowanie starczyło mi na długie miesiące. Na pewno już go nie kupię, przynajmniej nie w europejskiej cenie, ale chętnie spróbuję domowej podróbki.

      Skład: Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Peg-40 Sorbitan Peroleate, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Cetyl Ethylhexanoate, C12-15 Alkyl Benzoate, Oils Of: Borago Officinalis Seed, Aleurites Moluccana Seed, Oryza Sativa (Rice) Bran, Carthamus Tinctorius (Safflower) Seed, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel, Lavandula Hybrida, Cymbopogon Schoenanthus, Citrus Aurantium Dulcis (Orange), Lavandula Angustifolia (Lavender), Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel; Solanum Lycopersicum (Tomato) Extract, Tocopheryl Acetate, Decyl Olive Esters, Tocopherol, Dicaprylyl Carbonate, Isopropylparaben, Isobutylparaben, Butylparaben, Citral, Limonene, Linalool

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Precleanser Dermalogica”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2011 11:11
  • piątek, 24 czerwca 2011
    • Essence pilnik loop file

      Podobno nowość Essence, pilnik nadający paznokciom kształt idealnego łuku. Szkoda, że producent zapomniał uprzedzić, że tylko określonym typom paznokci, zaoszczędziłabym 2 euro. Przy długich pazurach może i się sprawdzi. Krótko przycięte, a jeszcze niedajBoże takie, które nosi się spiłowane przy zewnętrznych (też mi się taki kształt nie podoba, ale kazała mi tak piłować manikurzystka, w przeciwnym wypadku twardnieją mi skórki od ciągłego nacisku płytki) są nie do spiłowania. Pilnik jest bardzo gruby, i owszem, ślizga się ładnie i gładko po końcówce paznokcia, ale już dojechanie do boku jest niemożliwe, bo wciśnięcie na tak małą powierzchnię paznokcia, palca, pilnika i 3mm plastiku toseneda. A szkoda, bo z tego, co widzę (albo bardziej się domyślam) pilnik rzeczywiście, przez zagięcie, nadawałby kształt doskonałego łuku.

      essence pilnik 

      Jeżeli któraś z Was chce rzucić okiem na kształt, z przyjemnością wyślę, użyty raz, przed wysyłką spryskam Octeniseptem ;) ewentualną chętną poproszę o komentarz pod postem, dodałam też maila (prawo, dół).

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Essence pilnik loop file”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 24 czerwca 2011 10:25
  • czwartek, 23 czerwca 2011
    • Bizanzjum

      Jakiś czas temu pisałam o bardzo mocno limitowanej kolekcji Chanel, Lumieres Byzantines.Chanel rozswietlacz

      Najdroższy kosmetyk kolekcji, super-limitowana paleta rozświetlaczy, przypomina bizantyjską biżuterię, i rzeczywiście jest bardzo piękna (foto z cafemaeup, która jest jedną z bardzo niewielu szczęśliwych posiadaczek).

      Ponieważ dostałam duży kupon do IciParis, zastanawiałam się dziś, co zakupić. Szybko spojrzałam na kolekcje letnie; w Guerlainie na lato proponuja Terra Inca (link zdjęć na temptalii), a tam, na głównej focie, pani w biżu inspirowanym Inkami, a jednak bardzo zbliżonym do Chanelowego Bizancjum. Wiem, że to absolutnie bez znaczenia, jednak bardzo lubię takie smaczki: nie mogę się przestać zastanawiać, kto z kogo ściągnął, kto ma u kogo szpiegów, albo jakie ogólne trendy spowodowały, że akurat tych dwóch dyrektorów artystycznych w tych dwóch firmach zdecydowało się na motyw antycznej biżuterGuerlain lato 2011ii w złocie i nieoszlifowanych kamieniach. Ot, ciekawostka:




      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2011 11:26
  • środa, 22 czerwca 2011
    • Eyeliner Essence

      Widziałam wczoraj te eyelinery z 50%, bo mamy już kolejne edycje Essence, i starsze, jak to starsze, lądują w koszu wyprzedażowym. Swój kupiłam dzień po wypuszczeniu kolekcji, licząc na to, że eyeliner będzie tak dobry, jak ten z poprzedniej, jeansowej limitowanki. Niestety, nie jest, bo nie jest w słoiczku, a to zdaje się być cechą przewodnią dobrych żelowych eyelinerów: te w paletach, wglądające jak cienie, jednak nie są aż tak trwałe na powiece. Może zresztą nie powinnam się czepiać: mój eyeliner nazywa się "cream", nie "gel", więc może nie powinnam ieć wymagań takich, jak od żelków.

      eleyeliner zelowy essenceNiemniej, nie jest to zły eyeliner, trzeba się z nim tylko nieco dłużej pobawić. Jest też trwalszy, mam wrażenie, niż te z palet LE Metallics. Nałożony sam nieco blednie po jakimś czasie, natomiast aplikacja na cień zdecydowanie przedłuża jego trwałość. Kolory, choć w opakowaniu dość krzykliwe, nadają się na dzień (o ile ktoś ma pracę bez dress code, jak ja). Mnie szczególnie uwiódł zielony i granat, ze względu na które kupłam paletkę, i rzeczywiście, nie rozczarowały mnie. Zdecydowaną zaletą eyelinerów Essence/Carice jest to, że na oku kolor wygląda tak samo, jak w opakowaniu, i ta limitowanka zdecydowanie tę opinię potwierdza. Fajny jest też brak brokatu, bo przy tej głębokości koloru połysk przesunąłby tę paletkę do kategorii "makijaż wieczorowy", a tak można się nią cieszyć na codzień, mimo mikroskopijnych i na szczęscie nieświecących drobinek, bo na oku są one prawie niewidoczne, dając tylko ładny glow.

      Największą wadą paletki jest pędzelek, którym osobiście nie jestem w stanie wykonać kreski cieńszej niż 5mm. Nie jestem też przekonana do opakowania: ten op/pop art, wszystko ładnie pięknie, design pasuje do żywych, wesołych kolorów produktu, ale tekturowe pudełko, chociażby zamykane na tak dobry magnesik, jak tutaj, jednak nie jest szczelne, i podejrzewam, że długo nie będę się tymi eyelinerami cieszyć, bo najnormalniej w świecie wyschną na wiór. Za tę cenę jestem im to w stanie darować ;)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 22 czerwca 2011 10:33
  • wtorek, 21 czerwca 2011
    • The Body Shop, Tea Tree Oil, Facial Wash

      Yeah! W końcu! Udało się!

      Wykończyłam w końcu, do cna i w bólach opakowanie żelu The Body Shop, Tea Tree Oil, Facial Wash. Miałam całą serię, cała była beznadziejna, ale żel przebił wszystko. Miał jedną tylko zlaletę, która okazała się być wadą: niezwykłą wręcz wydajność, dzięki której nie mogliśmy się rozstać od dobrego roku (tak, wiem, normalne osoby wyrzucają takie kosmetyki, ja jednak najwyraźniej nie jestem normalna).

      The Body Shop tea tree żel myjącyA dalej: żel ma SLS na samej górze składu, dzięki czemu, poza tym, że się pieni, nieźle wysusza cerę. Nie ma żadnego wpływu na wykwity, jest wręcz wykwito-obojętny. Jest drogi jak jasna choinka (w porównaniu z działającymi produktami). W uwagach końcowych: śmierdzi, co nie jest dziwne (wszystkie kosmetyki z olejkiem herbacianym śmierdzą), ale przybija gwóźdź do trumny. 

      Aqua, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, Polysorbate 20, Alcohol Denat., Melaleuca alternifolia, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Allantoin, Polyquaternium-10, Sodium Salicylate, Limonene, Citric Acid, CI 19140 (Colour), CI 42090 (Colour). 

      TBS wypuścił nową wersję tej serii, ale prawdę mówiąc jestem tak zniechęcona, że nie ma bata, nawet na nią nie spojrzę.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „The Body Shop, Tea Tree Oil, Facial Wash”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2011 09:16
  • poniedziałek, 20 czerwca 2011
    • "Aksamitne" toniki do twarzy

      Jest sobie taki tonik Nivei do twarzy, dzięki któremu pojęcie przesuszu cery może nie znika zupełnie, ale zostaje dość konkretnie zredukowane. Tonik przeznaczony jest do cery suchej, ale i na mojej tłustej sprawdza się wyśmienicie, zapewniając to, w co mogę tylko uwierzyć na słowo producenta (tonizowanie i odpowiednie ph), oraz to, co mogę sprawdzić naocznie czy też naskórnie, czyli nawilżenie.

      yves rocher tonik do twarzyJako żem babsko durne, po jednym opakowaniu nie kupuję jednakowoż owej Nivei, nie. Głupota moje wyraża się w zezwoleniu pańciom od PR do wodzenia mnie za nos i wyskakiwania z kasy na to, co akurat w promocji/ofercie/z gratisem. I w ten sposób, próbując powtórzyć sukces Nivei, stałam się przeszczęśliwą posiadaczką toniku z Yves Rocher, Nutri Specific, Lotion Lactee Confort.

      Tonik przeznaczony jest do cery suchej, co, wg producenta, najwyraźniej oznacza lepką, żelową konsystencję. Być może skóra sucha zareagowałaby na niego przyjaźnie; z moją się zdecydowanie nie polubili, jest to tym samym jeden z bardzo niewielu kosmetyków z mojego ogródka, który wylądował w koszu. Obiecałam sobie solennie nie kupować żelowych toników, po czym w błogiej niewiedzy zanabyłam L'Oreal Dermo-Expertise, Hydra Confort, Tonik aksamitny przeciw wysuszaniu skóry. AAAAAAAAA, no żesz: znów konsystencja żelu, w dodatku super niewydajnego żelu, bo, aby przelecieć po twarzy wacikiem bez naciągania skóry, trzeba tenże wacik wręcz upić tonikiem, bo skubaniec znika w tempie zastraszającym.

      Apeluję do producentów: czy nie możnaby tych lepkich, żelowych toników jakoś oznaczać na opakowaniu? Prooooszęęę? Tak, wiem, że oba są "aksamitne", czy to oznacza, że w nowomowie kosmetycznej "aksamitny" to skrót myślowy od "ciężki, żelowy preparat pozostawiający na twarzy filtr i absolutnie nienadający się do cer tłustych" (a i co do suchych mam poważne wątpliwości)? Mam nadzieję, że nie będę miała okazji się przekonać (czyli: nie natknę na kolejny tonik z tej grupy). Bo na wyczytanie ze składów cóż to za element daje taką fajną konsystencję to jednak jestem za cienki bolek, szczególnie, że np. składy dwóch wyżej wspomnianych toników są diametralnie różne (i, po prawdzie, choć YR w użytkowaniu był dużo mniej przyjemny, skład ma znacznie zacniejszy - ten mocznik na samej górze i olejek migdałowy takoż, nono, niczego sobie):

      Loreal tonikSkłady:

      L'Oreal Dermo-Expertise, Hydra Confort, Tonik aksamitny przeciw wysuszaniu skóry

      Skład: Aqua, Glycerin, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Carbomer, Triethanolamine, Hydroxyethylcellulose, Hydrolyzed Lupine Protein,  Polystyrene, Methylparaben, Chlorphensin, Phenoxyethanol, CI 16035, Parfum, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, Butylphenyl methylopropional, alpha-isomethyl ionone.

      Yves Rocher, Nutri Specific, Lotion Lactee Confort (zaznaczam: stara wersja, nie znam składu nowej - i mam nadzieję nie poznać)

      Yves Rocher: Aqua, Urea, Propylene Glycol, Prunus Dulcis, Oleth-20, Methylparaben,Xanthan Gum, Parfum, Oleth-10, Allantoin, Carbomer, Ethylparaben, Tetrasodium EDTA, Hexyl Cinnamal, Buthylphenyl methylopropional, Sodium Hydroxide, Linalool, Citronellol, Alpha-isomethyl ionone, Limonene, Benzyl Benzoate, Coumarin.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Aksamitne" toniki do twarzy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 czerwca 2011 12:02
  • niedziela, 19 czerwca 2011
    • Cien krem do rąk z mocznikiem

      Cien krem do rąk z mocznikiem

      Z gatunku: dział PR nie za bardzo się popisał. Nie wiem, na ile jest to widoczne, ale producent kremu do rąk Cien w wersji na Polskę wypuścił takiego oto kwiatka: "Ponieważ nie zawiera barwników i perfumów, pomaga zmiejszyć ryzyko alergii i podrażnień". Z tego, co wiem, perfumów nie zawiera żaden kosmetyk, z tej prostej przyczyny, że jako takie nie istnieją, przynajmniej w języku polskim.

       cien krem do rąk

      A szkoda, bo sam krem jest całkiem dobry, i nie zasługuje na takie opakowanie. Ma mnóstwo mocznika, dzięki czemu zbawiennie działa na spierzchniętą skórę rąk. Jest dość gęsty, ale nie pastowaty - daje się go łatwo rozsmarować. Zostawia warstewkę, ale nie jest lepki. Kupiłam go li i jedynie dlatego, że bezzapachowe kremy do rąk należą do rzadkości, i przyjemnie mnie zaskoczył.

       

      Skład: aqua, glycerin, urea, cetearyl alcohol, octylododecanol, arginine, dicapryl ether, myristyl myristate, potassium cetyl phosphate, lactic acid, panthenol, tocopheryl acetate, phenoxyethanol, dimethicone, palmitic acid, stearic acid, xanthan gum, methylparaben. sodium anisate, sodium levulinate, cera alba, allantoin, benzoic acid, dehydroacetic acid.

      cien krem do rąk

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 czerwca 2011 12:52
  • piątek, 17 czerwca 2011
    • Jolie&Vuitton

      Louis Vuitton w kampanii Core values pokazywał do tej pory ciekawe, zaskakujące zdjecia. Tym razem twarzą firmy jest Angelina, i oczywiście, jej objawienie spotkało się z wielkim, błyskawicznym odzewem. Nie lubię Vuittonek (kojarzą mi się ze złym smakiem) i nie lubię Angeliny (uważam ją za marną aktorkę filmów klasy B), natomiast sama reklama, jako zdjęcie, jest zaskakująca, niestety, nie tylko pod względem kompozycji.

      W świetle reszty reklam z tej serii, wywiezienie Angeliny do Kambodży ma sens. Pokazanie Angeliny w jej własnych (niech im będzie) ubraniach też. Pomijam tu całą dyskusję na temat etyki prezentowania torby za 7tysięcy dolarów w kraju tak ubogim, jak Kambodża, oraz "co Angelina robi z torbą tej klasy w błocie"). Co mnie uderzyło i zniesmaczyło, to to, że Jolie ma pełen makeup i aligancko ufryzowane włosy (Angelinę potarganą można obejrzeć na większości zdjęć z czerwonego dywanu). Przekaz firmy jest jasny: gwiazda w jej prawdziwym życiu, bez polepszaczy i ulepszeń. W każdym newsie, jakiego widziałam, łącznie z rodzimym Pudelkiem, jak byk stoi, że Jolie jest bez makijażu. A przecież Jolie jest tu wystylizwana do bólu zębów, i w całej jej sylwetce nie ma niczego autentycznego!

      angelina jolie louis vuitton

      Ja wiem, że licentia poetica, i że Annie Leibovitz wielką artystką jest, co rzeczywiście widać po zdjęciu. Niemniej, skutki takiego przekazu, jak zawsze, odczuwają najbardziej zwykłe kobiety. Tak się składa, że byłam w Afryce. I płynęłam też amazońską rzeką. Co prawda nie miałam ze sobą Vuittona, ale cała reszta mojego wizerunku też odbiegała od zaprezentowanego na reklamie: nie myte od co najmniej tygodnia włosy, ubranie nie prane od paru dni (a jak prane, to w ręku i suszone w pyle drogi), na twarzy gruba, świecąca, niczym nie zmatowiona warstwa filtra. I bynajmniej nie miałam, jak Angelina, eleganckiego smoky na oczach. I jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby bardziej zamożne turystki wsiadały na łódki tego typu w full makeupie i z osobistym fryzjerem. A przecież Jolie jest piękną kobietą, i pokazanie jej w autentycznej odsłonie nie powinno wpłynąć na estetyczny odbiór zdjęcia... Szkoda, ze kampania o pewnej wrazliwosc spolecznej stosuje tak pozorne srodki wyrazu, zadajce klam calej koncepcji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      piątek, 17 czerwca 2011 10:56
  • czwartek, 16 czerwca 2011
    • Catice baza pod cienie

      Catice baza pod cienie

      Pod względem bazy do powiek należę do tej beznadziejnej grupy, która używa od lat jednego produktu. Nie tylko dlatego, że jest świetny, ale z powodu jego horrendalnej wydajności. Mam tu na mysli bazę Lumene, którą szczęśliwie użytkuję od lat co najmniej 7miu.

       catrice baza pod cienie

      Lumene jest jednak dość ciężko dostać, a potrzebowałam nowej bazy na już teraz. Padło na Catrice, i jakże pozytywnie mnie ten produkt zaskoczył! Nie daje takiego mur-betonu jak Lumene, ale tak, poza Lumene, trzyma chyba tylko klej modelarski. Baza bardzo pożądnie przedłuża życie cieni, i nawet byłabym skłonna dodać, że jest nieco łatwiejsza w obsłudze niż Lumene i chyba ładniej wyciąga kolor cienia. Do tego kosztuje grosze. Bardzo przyzwoity produkt, jak to z Catrice.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 czerwca 2011 07:53
  • środa, 15 czerwca 2011
    • Scholl ostrza

      Scholl ostrza do usuwania zrogowaciałego naskórka

      Scholl ścinak do piętWalki z pękającymi pietami cd. Zastanawiałam się, jak przetłumaczyć tę nazwę, bo złowo "ostrza" może wprowadzać w błąd, sugerując ścinak do stóp. A tu mamy do czynienia z innym wynalazkiem: głowicą z owalnymi, ostro zakończonymi tulejkami, które mechanicznie ściągają stwardniałą skórę. Prawdę mówiąc, kupując go, spodziewałam się nie wiedzieć czego, tymczasem jest to higieniczniejsza, i zapewne mniej skuteczna, wersja żyletkowych ścinaków. W praktyce ostrza ładnie i delikatnie dają sobie radę z poważniejszymi zgrubieniami, jednak nie podoba mi się ich działanie na skórze o lepszej kondycji, którą szatkują na mało estetyczne farfocle. W efekcie tego, trzeba bardzo uważać, gdzie się owo cudo przykłada. Fakt, producent pisze jak wół na opakowaniu: używać na stwardniałą skórę, może więc nie powinnam się czepiać. Mam wrażenie, że, jak już opanuję sztukę kierunkowego działania, będzie się tego sprzętu dobrze używać - działa szybciej i silniej niż pumeks, jest duuużo od niego higieniczniejszy, bo elementy ścinające są w pełni "przewiewne", więc łatwo można je umyć pod bierzącą wodą, jednoczesnie nie jest to taki hardcore dla skóry, jak "prawdziwe" ścinaki.

      Do wad zaliczę brak możliwości postawienia na trzonku czy też podstawki - producent sugeruje na opakowaniu przechowywanie w tymże, jednak jakoś nie przemawia do mnie pakowanie mokrego narzędzia ścierającego w plastik, do tego zabierający dużo miejsca w łazience plastik o niewygodnym otwarciu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 15 czerwca 2011 00:10
  • wtorek, 14 czerwca 2011
    • Dolce&Gabbana Light Blue (fotografia reklamowa)

      Od kiedy mam zakaz używania perfum, do zapachów podchodzę zgodnie z zawodem, czyli od strony ich zdjęć reklamowych. Większość reklam perfum to majstersztyki ikonografii - w końcu w większości wypadków nie kupujemy zapachu, tylko image. Mam swoich ulubienców i reklamy znienawidzone w grupie perfum damskich, natomiast męskich najczęściej nie zauważam -chłopcy z reklamy, tacy uładzeni, młodzi i wydepilowani, light blue reklama

      prężący się w dziwnych pozach, nie są ani moją kategrią wiekową, ani, mam wrażenie, nie ja jestem targetem tych reklam*

      No, więc bardzo się zdziwiłam, przechodząc na lotnisku pod olbrzymim plakatem reklamy Dolce&Gabanna. Zdziwiłam sie o tyle, że pan na owym plakacie, cóż, nie wyglada gejowato. Nie przestraszyło mnie nawet jego krocze, w oryginale zdjęcie było mniej przycięte i pozostawiało mniej pola wyobraźni, mówiąc dosłowniej, nagle się na te olbrzymie, urocze, białe kąpielówki wchodziło. W moim wypadku wchodziło i zamierało, dodam.
      Jako klientka poczułam się dopieszczona i zauważona, bo nie przypuszczam, żeby pan w tak lubieżnej i zapraszającej pozie miał oddziaływać na zmysły naszych mężów. Gdyby stał i prężył muskuły, owszem, może jeden z drugim by się z nim utożsamił, ale takie sprowadzenie do seksualnego, oczekującego obiektu? Wątpię. Bardzo, bardzo bym sobie życzyła więcej takiego soft porn dla kobiet, z jednej strony jako antidotum na wszechobecne w reklamie panienki w różnym stopniu rozebrania, z drugiej jako znak rozpoznania w kobiecie równoprawnego klienta. No nie mogę się przestać na te perfumy gapić.

      (fot. internet)

       

      * pozostaje pytanie kto jest, bo jednak męskie perfumy często są podarunkiem od kobiety; nie wiem, ilu heteroseksualnych facetów kupuje samym sobie zapachy, ci z mojego otoczenia polegają na

      a) prezentach

      b) jednym sprawdzonym zapachu;

      fakt, przyjaciele geje są tu zdecydowanie bardziej samodzielni, no ale przecież wszystkie reklamy nie mogą być do nich adresowane?.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dolce&Gabbana Light Blue (fotografia reklamowa)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 czerwca 2011 15:40
  • poniedziałek, 13 czerwca 2011
    • Oillan Balsam Intensywnie Nawilżający

      Oillan  Balsam Intensywnie Nawilżający
      Jak się ma w domu alergika, człowiek nigdy nie ustaje w poszukiwaniu bezzapachowych produktów, że sobie pozwolę na odkrywcza filozofię we wstępie. To cudo przywiozłam z Polski: do tej pory lubiłam Oceanica, wydawało mi się, że te produkty cechuje staranność w komponowaniu składów. Tak jest też z tym balsamem: nie jest to najbardziej komfortowy produkt, bo lepi się i długo wchłania, jednak nie na tyle, żeby bardzo obrzydzić jego stosowanie. Ot, noma, do tego dobrze odżywia, więc mogę mu te drobne niedociągniecia wybaczyć.
      Balsam należy do całej serii produktów bezzapachowych, i chwała Oceanicowi za to, że o alergikach pomyślał w tak kompleksowy sposób. Nadaje się dla dzieci od 3 lat, a w uzasadnionych przypadkach od roku, co dość dobrze o nim świadczy :) wolałabym jednak, żeby w takim wypadku nie miał parabenów.

      oillan balsam do ciała Jedno mnie zastanawia: na opakowaniu stoi, że balsam ma 30% kompleksu natłuszczającego. Jak oni to na Boga wyliczyli? I co ma to oznaczać dla konsumenta, właśnie 30%, a nie 40% albo 80%, czy ktoś mógłby mnie oświecić, co to za różnica? Balsam ma mnóstwo lipidów i parafiny, fakt. Ale dalej, w gąszczu,  ma też woski i shea butter, i zastanawiam się, czy ktoś poważnie zsumował te wszystkie składniki i zrobił jakąś proporcję, czy też jest to kolejna dekoracja naklejki, biorąca się z Dovowego 1/4 kremu nawilżającego, które zna już każde dziecko w Polsce? Jeżeli tak, wybór taki nie do końca jest logiczny: 1/4 kremu w mydle, produkcie bądź co bądź myjącym, ma uzasadnienie, ale jedyne 30% kompleksu w balsamie już nie bardzo, bo przecież balsam, szczególnie do suchej i łuszczącej skóry, powinien nie robić nic innego, tylko ją odżywiać. Ot, taka konsumencka zagadka: co miał na myśli producent?

      Skład: Aqua, Caprylic/capric triglyceride, Parrafinum liquidum, Ethylhexyl stearate, Coco-Caprylate/caprate, Propylene glycol, Cyclopentasiloxane, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Panthenol, Cera Micocrystalina, Hydrogenated Castor Oil, Sodium Chloride, Petrolatum, Butyrospermium Parkii (Shea) butter, Allantoin, Tocopheryl Acetate, Borago Officinalis Seed Oil, Cucurbita Pepo Seed Extract, Methylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 czerwca 2011 23:46
  • sobota, 11 czerwca 2011
    • Scholl Cracked Heel Express Stick

      Zawsze się zastanawiałam, co oznacza termin "pękające pięty". W mojej małej, próżnej łepetynie nie mieściło się, że można się TAK ZAPUŚCIĆ, żeby aż coś gdzieś pękało. Los jest jednak sprawiedliwy. Od czasu ciąży moja gospodarka lipidowa szaleje, i, poza ciągłym liszajem na dłoniach (tak, byłam z tym u lekarza, tak, lekarz kazał mi używać - uwaga uwaga - kremów do rąk) dochrapałam się też atrakcji na stopach.

      scholl pekajace piety sztyft

      Nie ma tego złego: zakupiłam baterię niedziałających kremów do stóp, po czym po tygdniu trafiłam na promo Scholla, i w akcie desperacji nabyłam sztyft do stóp Cracked Heel Express Stick. Po prawdzie, główną motywacją było tu to, że sztyft jest bezzapachowy i nie trzeba się bawić w smarowanie pięt, co przy alergiku w domu i dziecku pod ręką zdecydowanie ulatwia zadanie. I faktycznie: sztyft stosowany regularnie działa jak marzenie. Po kilku dniach ustąpiły najgorsze objawy i przede wszystkim - dyskomfort, a ostatnimi czasy tarcie pietami o przescieradlo potrafilo mnie obudzic w srodku nocy. Produkt nakłada się migiem i wchłania w ciągu paru sekund (dosłownie) i bardzo bardzo pomaga. Ma super prosty skład, bez parabenów, perfum, alkoholu, silikonów - mocznik, wypełniacze, pantenol i allantoina. Jest drogi, i nie wydaje się być wydajny (na zdjęciu moja łapa by pokazać skalę - sztyft jest mniejszy niż dezodoranty w podobnym opakowaniu), ale nie żałuję ani grosza. Zobaczymy, jak będzie do końca opakowania, ale póki co to śmiało najlepsze, czego do tej pory używałam. Zaczynam odrobinę żałować, że w ramach protestu przeciw kremowi z łojem jelenia unikałam Scholla (moim niekonsekwentnym zdaniem firma, która pakuje jelenie do kremów do stóp zasługuje na calkowity bojkot).

       skład: Aqua, urea, propylene glycol, stearic acid, sodium hydroxide, magnesium aluminium silicate, panthenol, allantoin. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 11 czerwca 2011 11:27
  • piątek, 10 czerwca 2011
  • czwartek, 09 czerwca 2011
  • środa, 08 czerwca 2011
    • Mam i ja - Tangle Teazer

      Przyznam bez bicial, zgapiłam tę szczotę od Sroki. Jak jeszcze zobaczyłam wpis o niej na Notopięknie, wpadłam.

      Nie mam w zasadzie nic więcej do powiedzenia, niż każdy, kto używał tej szczotki: Tangle Teazer działa, i to działa jak marzenie. Ktoś napisał, że to najlepiej zainwestowane pieniądze w pielęgnację włosów, i zupełnie się z tym zgadzam.

      tangle teazer szczotka do wlosow

      Moje włosy są długie, falowane i bardzo puszyste. Wyglądają na mocne i dużo, ale rzesze różnych narzeczonych po przekroczeniu bariery dotykalności zwykle reagowały tak samo: ojej, jakie miękkie/słabe/delikatne (zależnie od klasy narzeczonego). Kombinacja taka daje ciągły kołtun, bo włosy typu "angorka" szybko się plączą. I, po 24 godzinach z Tangle Teazer, muszę mu to oddać: nie ciągnie, nie wyrywa, nie naciąga, ale błyskawicznie i bezboleśnie rozczesuje.

      Tangle Teazer można zamówić online, odstraszyły mnie jednak koszty wysyłki (prawie w cenie szczotki). Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, TT ma w swojej ofercie holenderskie DA. Jeszcze się wahałam, bo TT wystąpują w 3 wersjach: oryginalna, kompakt do torebki i wściekle kolorowy kwiatek (wg producenta, by każda z nas mogła poczuć się jak mała księżniczka - wow!). Oczywiście, jako słodka idiotka, chciałam najbardziej kwiatka, o którego działaniu jest w sieci najmniej, więc w końcu zdecydowałam się na oryginal, a kupiłam kompakt, bo tylko taki jest dostępny stacjonarnie. Wahałam się jeszcze, czy kompakt będzie równie skuteczny, jak wersja podstawowa, ale posty na thelonghaircomunity forum rozwiały moje wątpliwości - wg  użytkowniczek nie ma większej różnicy w działaniu. No, a że DA miało 20% zniżki na wszystko, uznałam, że 12euro mogę zaryzykować. I naprawdę, warto było!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mam i ja - Tangle Teazer”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 08 czerwca 2011 10:12

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com