proznosc

Wpisy

  • sobota, 26 czerwca 2010
    • Zarqua

      Mamy tutaj w Holandii mało firm, które byłyby niedostępne w Polsce. Nieliczne wyjątki nie są zbyt chlubne; jednym z nich jest Zarqua. Ta niderlandzka firma nie jest zła, jej kosmetyki - przynajmniej te, które próbowałam, a nie jest ich dużo - są przyjemne, jednak drażni mnie i podkopuje moje zaufanie snobowanie się na panaceum dla wrażliwych, podrażnionych skór firmy, która do szamponów i żeli dodaje SLS. W dużych ilościach i bez wyjątku. Owszem, kosmetyki Zarqua pozbawione są parabenów, parafiny, barwników, ekstraktów zwierzęcych i, co dla mnie najważniejsze, składników zapachowych, jednak ów SLS powoduje, że nie kupię ich dla mojego dziecka. krem do rąk Zarqua

      Na sobie testowałam krem do rąk ZARQA Hand Protection Cream. Producent obiecuje w składzie minerały z Morza Martwego,wit. E, oraz  cenne oleje . Konia z rzędem osobie, która owe drogocenne oleje wskaże:

      Skład: aqua, cetyl alcohol, glycerin, propylenbe glycol, isopropyl mirystate, cetearyl ethylhexonate, dimethicone, sodium cetearyl sulfate, panthenol, tocopheryl acetate, allantoin, maris sal (dead sea salt), phenoxyethanol, ethylhexygycerin.

      Wiem, czepiam się. Krem jest jednak przyjemny w stosowaniu, i, co najważniejsze, jako jeden z niewielu obecnie przeze mnie stosowanych, rzeczywiście wspaniale odżywia dłonie, co przy noworodku i myciu rąk z częstotliwością co każde 15min ma spore znaczenie. Na pewno do niego wrócę, choć regularna cena zbija z nóg (można go jednak kupić w 50ml opakowaniach typu travel, co tu oznacza po prostu mniejszą tubkę i brak kartonika, w znacznie przystępniejszej cenie).

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      sobota, 26 czerwca 2010 23:12
  • niedziela, 20 czerwca 2010
    • Clarins kontra wazelina

      Jako biedna i zakompleksiona studentka myślałam, że kremy do rąk i stóp Clarinsa czy innego Biothermu muszą, po prostu MUSZĄ być lepsze od innych, i pieczołowicie zbierałam stempelki w perfumeriach, marząc, że pewnego dnia znajdą się w moim zasięgu. Jak większość marzeń kosmetycznych, i to okazało się złudne: w tego typu kremach nie ma niczego nadzwyczajnego, poza ceną.

      clarins krem do stóp

      Obecnie wiem już na tyle dużo, że nie kupiłabym kremu do stóp za ponad stówkę w sieciowej perfumerii. Foot Beauty Treatment Cream Clarinsa dostałam jednak jako gratis do ciążowych zakupów (biję się w pierś: wyrzuciłam pieniądze w błoto, ale to temat na inną notkę). Co prawda, arowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, ale...

      Ingredients:
      Aqua (Water), Glycerin, Paraffinum Liqudium (Mineral Oil), Alcohol, Glyceryl Sterate SE, Stearic Acid, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cyclomethicone, Pentylene Glycol, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Octyldodecanol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Unsaponifiables, Cetyl Palmitate, Sodium Magnesium Silicate, Anacardium Occidentale (Cashew) Seed Oil, Parfum (Fragrance), Arnica Montana Flower Extract, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Polysorbate 20, Allantoin, Carbomer, Commiphora Myrrha Resin Extract, Thymus Zygis Oil, BHT, Benzyl Salicylate, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Benzoate, Limonene, Hexyl Cinnamal, Citronellol, Eugenol, Citral, Isoeugenol.

      Straaasznie lubię takie składy, bo widać na nich jak na dłoni, że krem nie ma w sobie niczego aż tak specjalnego: głównie stały zestaw, obecny pewnie także w Pollenie z kiosku, czyli gliceryna, parafina, shea i silikony. Fajne ekstrakty zaczynają się za parfum, czyli jest ich bardzo, bardzo mało, i nie tłumaczą, choćby były, jak w tym wypadku, w śladowej ilości dodaną mirrą, ceny.

      Krem jest, patrząc obiektywnie i niezależnie od ceny, miły w zastosowaniu: szybko się wchłania, nie jest tłusty (choć jest bardzo treściwy), ma kadzidlany zapach, kŧóry zapewne spodoba się panom. Pomógł moim przesuszonym, przemęczonym końcówką ciąży stopom. Tyle, że pomógł im tak samo, jak inne dobre kremy, i nie aż tak dobrze, jak czysta wazelina kosmetyczna nakładana na noc na stopy. W czasach największego przesuszu, kiedy szuranie piętami o prześcieradło nie dawało mi spać (uroki 9-tego miesiąca, kiedy wszystko przeszkadza w spaniu), nakładałam jednak na stopy ową wazelinę, bo wiedziałam, że zadziała lepiej. Po cóż więc przepłacać?

      (fot. strona producenta)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 czerwca 2010 22:40
  • wtorek, 08 czerwca 2010
    • Poczucie humoru Clarinsa

      Z okazji lata oraz wygrzebania kremu przeciw cellulitowi przypomniała mi się moja ulubiona reklama z ubiegłego roku, reklama, która rozpoczęła mój powolny odwrót od firmy Clarins:

      Clarins cellulit

      Clarins zdobył się tu na specyficznie frywolne potraktowanie inteligencji klientek. W obuwiu, jakie prezentuje na sobie modelka, da się na upartego jeździć rowerem (nie takie rzeczy po pijaku ze szwagrem...), ale NIE da się kolarzówką, bo kolarzówka wymusza określoną pozycję kolarza, z, pardonmua, zadem w górze i bardzo specyficznie rozłożonym ciężarem ciała. Do tego, rower, jaki dzierży między udami (bo nic innego z nim chyba się w tym stroju zrobić nie da) hoża niewiasta zdaje się mieć pedały na "klik" do butów, a w to, że da się w nie kliknąć 20 cm koturny nie uwierzy chyba żadna czytelniczka kobiecej prasy (nawet Cosmopolitan'a).

      Dodatkowo, jeżeli układ rąk damy miałby sugerować trzymanie ich na kierownicy, bardziej jestem skłonna uwierzyć, że owa pani grzebie sobie, again pardonmua, w majtkach, bo kolarzówki z tak wyciągniętą do góry kierownicą raczej nieuświadczysz. Choć, z drugiej strony, kto wie: może osoby, które moszczą się na siodełku w upalną, słoneczną pogodę w samych majtkach, za nic mając sobie odparzenia, równie noszalancko traktują sam rower. Oczywiście, pytanie jest czysto retoryczne, jako, że prezentowany tu model roweru najwyraźniej kierownicy jest pozbawiony, chyba, że mamy tu do czynienia z nieznanym, nowym trendem kierownic o 30-to centymetrowej szerokości ramion, w całości chowających się za modelką.

      Ogólnie, widząc takie zdjęcia, mam ochotę palnąć sobie w konsumencki łeb.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Poczucie humoru Clarinsa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 czerwca 2010 23:31
  • niedziela, 06 czerwca 2010
    • Bio Oil

       

      Jak powszechnie wiadomo, jak coś jest do wszystkiego, najczęściej okazuje się być do niczego. Z rezerwą podeszłam więc do internetowego hitu: olejku Bio Oil, który a to rozstępy zatrzyma, a to zmarszczki wygładzi, przy okazji zaleczając trądzik i usuwając blizny.

      Bio Oil szturmuje świat (na stronie można znaleźć mapę zasięgu, z bardzo korporacyjnym opisem typu "my i nasz cel: podbicie wszechświata"): zaatakował jakiś czas temu Holandię, i jest już właściwie wszędzie w sklepach i na reklamach, (prawie że jak otwieram lodówkę...), więc dałam za wygraną i zaczęłam się zastanawiać, czy by go przypadkiem nie spróbować. Szczególnie, że producent gra rzetelnego - na stronie przy opisie działania na blizny i rostępy pojawia się info, że bio oil może pomóc zredukowac ich wygląd, ale ich nie usunie całkowcie. Przy zalewających nas ochach i achach pr'owców pozostałych firm, czuję tu pewną ulgę, choć kto wie, czy nie jest to kolejna zagrywka marketingowa.

      bio oil

      Cóż było robić, zaczęłam pierwsze testy Bio Oil, wciąż się zastanawiając, czy popularność oleju nie wynika bardziej z wszechobecnej reklamy i dystrybucji? Po zużyciu dwóch opakowań, nadal nie jestem przekonana co do odpowiedzi. Produkt ma zalety: nakłada się przyjemnie,  będąc lżejszym niż większość olejowych olejów, ale zostawia tłustą warstwę (nie wyobrażam sobie użycia go rano). Przy nalożeniu mniejszej ilości, niemożliwy jest do wykonania zalecany przez producenta mini-masaż, bo naciąga się skórę. Baaardzo przyjemnie pachnie, choć alergików niestety drażni. Nakładany na noc na twarz wystarcza za krem, dając dość zaskakujące efekty: u mnie zniknęły drobne krosteczki na twarzy i na dekolcie, skóra rano nie ciągnęła (a w czasie ciąży zdarzał mi się taki poranny przesusz po co drugim odżywczym kremie). Po kolejnym półtora tygodnia z Bio Oil zaczynam rozumieć przynajmniej część zachwytów. Skóra ciała zrobiła hiper-gładka, hiper-jędrna, jedwabista i aksamitna (używam balsamów po każdym prysznicu, gładkość w wydaniu Bio Oil to jednak nie to samo, na korzyść wyżej wymienionego). Używany na twarz był przez dłuższy czas ciążowego przesuszu jedynym produktem, po którym nie budziłam się z za małą skórą. Dodatkowo, wyraźnie zmniejszyły mi się pory: konsultantka Biothermu odradziła mi maseczkę ściągającą pory, bo przecież pani ma normalne pory (moje "normalne" pory są jak kratery).

      No dobrze, dlaczego więc nie wpadam w zachwyt? Cóż: Bio Oil wcale nie ma aż tak zachwycającego składu. Owszem, znajduje się w nim wit A, czyli jedyna tak naprawdę substancja, które może spełnić obietnice producenta co do redukcji blizn, zmarszczek itp, ale w słabej formie Retinyl Palmitate, co zresztą powoduje, że można go używać w ciąży (większość aktywnych form wit. A jest absolutnie zakazana). Dodatkowo wit E, której też nie można uznać za wielkie odkrycie kosmetyczne (choć jej skutecznośc jest nie do podważenia). Producent chwali się, że główna "działająca" perełka to tutaj  PurCellin Oil™, czyli odtworzona w laboratorium wydzielina gruczołu kuprowego kaczki - swoją drogą jak dobrze, że to syntetyk... Z tym, że dokładnie nie wiadomo, co ze składu w skład owego PurCellin wchodzi:

      Paraffinum Liquidum, Triisonoanoin, Cetearyl Ethylhexanoate, Isopropyl Myristate, Retinyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Anthemis Nobilis Flower Oil, Lavendula Angustifolia (Lavender) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Calendula Officinalis Flower Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glycine Soja (Soybean) Oil, BHT, Bisabolol, Parfum, Amul Cinnamal, Benzyl Salicytate, Citronellol, Coumarin, Eugenol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool, Alpha Isomethyl Ionone, CI 26100.

      Dzięki Mariannie z Femineusa mamy tłumaczenie formuły zapachowej Bio Oil:

      Amul Cinnamal - jaśmin
      eugenol - goździki ew. cynamon,
      Citronellogeraniol - pelargoniowo-cytrynowo-różany,
      Coumarin -  świeżo ścięta trawa, nuty słonecznr,
      Hydroxycitronellal -  kwiatowy,
      Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde -  lilie,
      Limonene -  cytrusy,
      Linalool -  konwalie,
      Alpha Isomethyl Ionone - substancja zapachowa - silnie drażniąca

      Podsumowując: nie jest to zły produkt. Jego głowną wadą jest cena/pojemność: 60 ml kosztuje 10 euro (normalnie 13, ale non stop jest w promocji). Nie za bardzo rozumiem też ideę pakowania do skladu kosmetyku przeznaczonego na twarz i dla kobiet w ciąży tak wielu drażniących składników zapachowych, choć rzeczywiście, sam zapach jest piękny. Rozumiem jednak zachwyty internautek, bo na mnie ów produkt też się sprawdził. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile rzeczywiście zapobiegł rozstępom (czy już się chwaliłam, że zaliczyłam ciążę bezrozstępowo?), ale coś mi mówi, że jego dobre dziąlanie odżywcze na skórę mogło tu mieć znaczenie. Ogólnie: jeżeli zdaży mi się wrócić do błogoslawionego stanu, na pewno wrócę też do Bio Oil.

       

      (fot własna)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bio Oil”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 czerwca 2010 17:24

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com