proznosc

Wpisy

  • środa, 18 kwietnia 2007
    • Flos Lek, Ideal Skin Acne

      Moja polityka zakupów kosmetykowych zakłada nabywanie w ramach tychże polskich produktów i górnopółkowych produków. CO do górnej półki, mam pełną, zyskaną dzięki Basi i Biochemi, świadomość jej ułudnej skuteczności, alepróżność, próżność i pożądanie rzeczy doczesnych, no niestety, wygrywają z rozsądkiem.
      Z polskimi sytuacja jest bardziej skomplikowana. Mam teorię, że polskie kosmetyki, robione dla naszej cery i na naszych składnikach (to ostatnie, przy prawach rynku, mało prawdopodobne, ale oszukujmy się nadal), są świetne i cenowo też wypadają na duży plus. No, a poza tym jakoś mi lepiej wiedząc, ze wspieram bądź co bądź lokalnego proucenta, niż taki, dajmy na to, L'oreal (który i tak zarabia na mnie kocie w wypadku owej górnej półki).
      Przykład: Flos Lek, Ideal Skin Acne
      Ideal Skin
      Powiem tak: jest dobrze. W składzie wyciąg z drożdży - wszyscy wiemy, jak ważne są dla cery trądzikowej. Squalane, kilka innych wyciągów ziołowych i cynk. A wszystko to nie podane na informacji producenta (dlaczegóż się nie chwali?) ale jest jak byk na liście składników. Może nie najwyżej, ale jednak bliżej początku niż końca listy. Zasadniczo miła jest taka "sytuacja odwrotna": zwykle producent obiecuje cuda wianki (jak Avon, nie przymierzając), po czym rzut oka na skład ujawnia zaskakujacy brak pokrycia obietnic w rzeczywistości. Tu jest odwrotnie - nikt niczego nie obiecuje, a skład jest.
      Krem jest lekki, pachnie aptecznie, i matuje jak szatan. Z zasady jestem przeciwna kremom matującym, bo wiadomo, zamknięte koło (matowanie -> następująca reakcja obronna cery -> większe wydzielanie sebum -> więcej matowania), ale w tym wypadku przetestowałam na sobie całą tubkę (w dni pracy w domu, kiedy nie smaruję się filtrem), i efekt b. pozytywny. Działanie na cerę takoż.
      Trzeba się będzie firmie przyjżeć dokładniej, cóż jeszcze za perełki mają w ofercie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      środa, 18 kwietnia 2007 13:24
  • wtorek, 17 kwietnia 2007
    • Hair Bazaar Studio

      Czy muszę pisać, że jako maniak kosmetykowy i hednoista, jestem uzależniona od gabinetów kosmetycznych? I że - oczywizta - nie znalazłam idealnego miejsca? I że poszukiwania tegoż rujnują mi zdrowie (nerwy), cerę (brak komentarza) i kieszeń? No, nieco przyjemności też w tym mam, ale... No właśnie, ale.

      W grudniu byłam już święcie przekonana, że w końcu znalazłam "swój" gabinet. Thalgo w Hair Bazaar Studio (http://www.hbs.pl) na Krysiewicza 5 w Poznaniu. Bardzo ładny wystrój (mój Ukochany nie może wyjść z podziwu, jak można oceniać restauracje czy salony usługowe na podstawie dekoracji), obsługa super miła. Świetnie zorganizowana poczekalnia - kanapki, stoliczki, aktualna prasa, natychmiast wjeżdżająca kawa (wiem, to niby jest standard, ale często jakoś ten upragniony napój się nie pojawia) z czekoladką. Na ścianach foto Różnych-Wielkich-Polaków, coby się człowiek światowo poczuł i choć przez tych kilka minut podświadomie zaliczył do elyty. Aż mi, ekhm ekhm, szkoda było, kiedy pojawiła się kosmetyczka. Choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, dała mi ekstra pół godziny na pławienie się w luksusie poczekalni - gabinet miał spore opóźnienie. Może ja jestem jakaś dziwna, ale, jeżeli zabieg spóźnia się o tyle czasu, chcę coś w zamian - szczególnie, że pół godzinna obsuwa w dniu takim jak tamten (wyjeżdżałam do domu, jedyny tysiąc km, parę godzin później) radośnie wpycha mnie w niedoczas. Tu jednak było inaczej, najwyraźniej za kuksus czekania przyszło mi dopłacać...

      Do rzeczy. Mimo wszystko byłam nastawiona bardzo pozytywnie. Kosmetyczka miła, nie za mądra i nie do końca w kwestii teorii wiedząca, co i jak (pierwszy chyba raz, poza osiedlowymi salonami, miałam kogoś, kto nie wiedział, co zacz retinoidy), ale rewelacyjna w praktyce. Zabieg wykonany super prawidłowo, delikatnie, prawie zasnęłam. Prawie, bo w trakcie, kiedy leżałam pod algami, kosmetyczka wyszła, za to pojawiły się jakieś nowe osoby - ktoś po coś wpadł, wypadł, itp. Ja wiem, na pewno ktoś z personelu, ale, jak się leży z centymetrem glonów na paszczy, i bez górnej części przyodziewku, jakoś wizyty niezidentyfikowanych obcych nie nastrajają. Nic to, nadal jestem zadowolona. Czuję się nawet dopieszczona - choć pani odmówiła wykonania masażu, o który dopraszałam się jeszcze rezerwując termin (przy mojej cerze to podobno niewskazane), przez pięc minut masuje mi dłonie, kiedy leżę z jedną z maseczek.

      No dobrze, dlaczego więc nie jestem zadowolona, dlaczego tam już nie wrócę i dlaczego wieszam na nich przysłowiowe psy? Bo doliczyli mi nadprogramowe 10 zł do ceny. Nie chodzi o pieniądze, ale o sam fakt - sorry, ale jak już się gdzieś wybieram, umawiam na cenę, potwierdzam tęże wchodząc i się meldując w recepcj, a przychodzi mi płacić więcej, to moje zaufanie do miejsca spada na łeb, na szyję. Nie wiem, czy tylko ja mam gdzieś w podświadomosci zapisany lęk przed niemożnością zapłacenia za usługę - dajmy na to, przestaje mi działać karta, czy okazuje się, że zgubiłam portfel itp, a włosy już obcięte i co robić, co robić? Byłam już w takiej sytuacji (zagraniczna karta nie chciała "iść" w salonie w PL), i najadłam się wstydu co niemiara, choć obsługa podeszła z wielkim zrozumieniem, i nawet nie przyjęli dokumentów, kiedy leciałam do bankomatu (dzięki Bogu, zadziałał). Może to przez to, jak idę do gabinetu/salonu/fryzjera, chcę wiedzieć na prewno, ile zapłacę, żeby uniknąć niespodzianek.

      Próbowałam ustalić z recepcjonistką, dlaczego ze 120 zrobiło się 130 zł, w odpowiedzi usłyszałam, że taką cenę podała przed chwilą kosmetyczka. Po wysłuchaniu moich wątpliwości i rozłożeniu ramion ("naprawdę nie wiem, dlaczego tak panią policzyła") dziewczę z recepcji wymumblało coś o tym, że jeżeli chcę, mogę poczekać, kosmetyczka co prawda właśnie zaczęła zabieg i nie wiadomo, kiedy będzie wolna, niemniej, jak mam życzenie... Niedoczas rósł, moje umówione kolejne spotkanie stało pod wielkim znakiem zapytania, odpuściłam. Żałuję? Nie. Po prostu tam już nie wrócę, nie chcę, żeby przy następnej okazji poleciało mi nadprogramowe, dajmy na to, 50 zł, których akurat mogę nie mieć przy sobie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2007 19:25
  • niedziela, 15 kwietnia 2007
    • YR Arnica Essentiel 2in1

      Kremy do rąk to moja słabość. Zawsze, jako osoba nieprawdopowobie leniwa, mam kilka: w kolejnych torebkach, koło łóźka, przy komputerze. Problem pojawia się wtedy, kiedy żaden z nich nie działa tak, jak powinien.

      Do pewnego momentu wydawało mi się, że nadużywanie kremów do rąk, jak to praktykowane przeze mnie, nie ma żadnego sensu. Oczywiście, nadal pieczołowicie smarowałam łapy, ale bardziej już w odruchu niż z wiarą. Aż spotkałam już wtedy byłego pełniącego-obowiązki-męża, który (jeszcze wtedy byliśmy w komitywie) skomentował wygląd moich dłoni. Otóż po wyprowadzce ze wspólnego domu uznałam, że, w ramach walki z nabytymi zwyczajami, na pierwszy ogień pójdą kremy do rąk i najnormalniej sobie je odpuściłam. Oczywiście, trzeba być mną, żeby zamiat poważniejszych rzeczy skupić się na takiej... Anyway. Były, który był głuchy i ślepy na zmiany, tę jedną zauważył. Wróciłam do kremów, po jakimś czasie znów obsesyjnie. I, jaksię okazuje, dobrze. Nie wierzę w cuda i wianki, oraz inne wyciągi ze ślimaków argentyńskich, ale główną cechą kremów jest to, że uszczelniają naskórek, nie pozwalając wilgoci uciekać ze skóry. Ręce, moczone w etergenatch i co i rusz traktowane wysuszającym mydłem, a do tego narażone na promienie słoneczne i o dość cienkiej skórze, chyba najbardziej z wszystkich cześci ciała docenią krem. Po prostu nawilżający krem.

      Wszystko to przypomniało mi się, kiedy właśnie poszukiwałam po domu czegokolwiek do nasmarowania łap. Jedyne, co było w zasięgu mojego lenistwa (laptop i okoliczne kanapy) to Arnica YR, kiedyś moja ulubiona seria. Do czasu. Tego kremu nie się używać. W składzie, gdzieś w połowie, ma talk, i zastanawiam się, czy to nie to paskudztwo tak mi wysusza ręce. Jasne, powoduje on zapewne, że kem szybciej się wchłania i daje aksamitne wykończenie. Tyle, że z jakiegoś powodu ów nawilżający krem nie nawilża. Nakładam, jest ok, śmierdzi niemożebnie i Ukochany narzeka, dłonie wydają się szczęśliwe, po czym po piętnastu minutach są tak suche, że zaczynam się rozglądać za tubką. Złudzenie? Takie samo wrażenie miałam kiedyś przy Avonie, i chyba właśnie tamten krem skutecznie mnie od firmy odstraszył. Po co komu nienawilżający krem do rąk? Pamiętam ze wczesnej młodości Gliceę. Chyba czas odświeżyć znajomość...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2007 19:34
    • Helena Rubinstein, Global Anti-Ageing Concentrate, the Eye Balm

      Nie mam złudzeń, że brak zmarszczek pod oczami, cieni i worów jest wynikiem kremów. Geny i tryb życia, co najwyżej, mogą wpłynąć na okolice oczu - widzę to na przykład po bliskim otoczeniu, które nie wylewa za kołnierz, i dorobiło się worów i zmarch. Generalnie akurat w mojej rodzinie nie mamy problemu z tą częścią twarzy, ale oznacza to tylko tyle, ze zmarchy atakują w innym miejscu - cóż, równowaga musi być zachowana. O oczy staram się jednak dbać, i utrzymać ten dobry stan jak najdłużej. Po urodzinach Filiz w zeszły piątek i morzu wódki, jakie dostała w prezencie, a które to morze skutecznie starałam się zminimalizować usłużnie uzupełniając własnego drinka, drinka, który, dodam, zaczął jako Baccardi z lemonkami (jednak reklama wpływa na naszą podświadomość bardzo) a skończył jako te same lemonki z wódką, otóż po tych urodzinach miałam tak podbite oczy, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to aby pora na powrót do mojego kremu wszechczasów - Helena Rubinstein, Global Anti-Ageing Concentrate, the Eye Balm.

      boska helena

      Drogie to cholerstwo strasznie, ale czyni cuda, nie ma żadnych wątpliwości. Faktycznie, to pierwszy krem pod oczy, w którym zachwiciło mnie WSZYSTKO. Nie podrażniał, choć waliłam w tym czasie na całą twarz hurtowe ilości retinu-a. Nie rozmazywał makijażu. Koił. Nawilżał. Przestałam pocierać powieki rano i wieczorem, co jest moją zmorą, bo pracuję przed ekranem, a dodatkowo chyba jedyną rzeczą, której nie robię regularnie w sieci jest sex (jem też przed komputerem, co najmniej posiłek dziennie).

      Naprawdę nie dbam o to, czy ten krem ma 5 członowy mechanizm sprzyjający mojej skórze, ani o wsystkie te cenne olejki i inne. Zwykle czytam skłądy i obietnice producenta, tym razem - nie. Wiem, że działa, że ma super kremową konsystencję (ale się wchłania), podobno efekt rewolucyjnych polyamidowych micro-włókien. Jest komfortowy i skuteczny, i, jak w każdej miłości, to wiedza mi wystarcza :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2007 12:36

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com