proznosc

Wpisy

  • wtorek, 22 lutego 2011
    • Otwarta Beautypedia

      Jeszcze przez tydzien Beautypedia Pauli Begoun pozostaje otwarta dla zwiedzajacych - mozna ją czytac bez abonamentu. Nizej podpisana jest fanką Beautypedi, może nie wielką, ale wierną: to chyba jedyne tak kompleksowe opracowanie składów kosmetyków w internecie (jeżeli nie na świecie). Siłą Beautypedi jest to, że nad poszczególnymi analizami pracuje sztab specjalistów, rzeczywiście znających się na rzeczy i dysponujących ogromną wiedzą. Wadą - cóż, wad jest kilka.

      beautypedia

      Przede wszystkim, omawiane kosmetyki pochodzą głównie z amerykańskiego rynku, którego oferta znacznie przecież odbiega od europejskiego. Muszę jednak Beautypediowej ofercie oddać sprawiedliwość: po mojej prośbie o analizy kremów z Aldiego, dostałam przemiłego maila, a same omówienie kremów pokazało się w bardzo krótkim czasie. I z kremami Aldiego pojawia się problem drugi: Beautypedia skupia się tylko na składach i pośrednio na opakowaniach, w większości wypadków bez testowania produktów. W recenzji kremów z Aldiego, które, jak już pisałam, są naprawdę przyzwoite (szczególnie uzwględniając stosunek ceny do jakości), specjaliści z Beautypedii nie byli nimi zachwyceni: głównie dostało się Aldiemu za słoiczki, w których cenne składniki ulegają szybkiej dezaktywacji. Jednak wiele dużo droższych i o gorszych składach kremów też jest w słoikach (żeby nie powiedzieć, że większość), a Aldiowe kremy jednak wyróżniają się na tle owej większości, co już nie zostało zauważone. Kilka już razy zdarzało mi się w podobny sposób bardzo zaskoczyć dość ostrymi krytykami produktów, które w moim wypadku działały dobrze albo i bardzo dobrze.

      Beautypedyści oceniają produkty wg dość utartego schematu: ma alkohol, fatalnie, nie jest w atomierze, fatalnie, ma składniki zapachowe, fatalnie. Oczywiście, produkty Pauli Begoun, właścicielki Beautypedii, nie mają żadnej z tych wad. Zdecydowanie brakuje mi tutaj opinii kogoś, kto rzeczywiście miał dany produkt na własnej skórze, bo jak wiadomo, składy składami, a testy naskórne, cóż, zawsze mogą nas (pozytywnie) zadziwić, jak to miało miejsce w moim wypadku z serum Genifique. Oraz kogoś, kto nie firmuje własnym nazwiskiem marki kosmetycznej, bo takie opinie jednak nie będą zupełnie obiektywne.

      Do słabej części serwisu zaliczam też recenzje kolorówki - nic na to nie poradzę, ale o ile analizie składu kremu ufam, o tyle to, jak działa na nas maskara czy puder jest tak indywidualne, jak kolor oczu. Przykład? Beautypedia bardzo słabo ocenia Meteoryty Guerlaina, pisząc, że można znaleźć dużo taniej podobne albo i lepsze produkty. Tak? Cóż, mi (i tysiącom użytkowniczek) się nie udało, większość rozświetlaczy na mojej tłustej cerze robi efekt bombki choinkowej, a Meteoryty rzeczywiście dają efekt Photoshopa. Podobnie z najnowszym hitem internetowym, pudrami Jurlique, na których Paula nie zostawiła suchej nitki.

      Wsystko to nie zmienia faktu, że podstawowe informacje o kosmetykach pielęgnacyjnych można na Beautypedi znaleźć i generalnie należy im ufać. Przez najbliższy tydzień jeszcze - za darmo ;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 lutego 2011 09:31
  • niedziela, 06 lutego 2011
    • Clinique Repairwear Laser Focus

      W związku z Chrisis*, z którego dopiero co się wygrzebaliśmy, blog popadł w niełaskę. Podobnie jak większość nie-niezbędnych rzeczy. Poza pielęgnacją cery, moją ostatnią deską ratunku przed obłędem. I tym razem wyjątkowo przyjemną, bo testowany produkt działał, co się nieczęsto zdarza przy wysokiej półce.

      Serum Clinique Repairwear Laser Focus Panie pozwolą, Clinique Repairwear Laser Focus. Clinique jak zwykle i jak wszyscy przesadza i to zdrowo w opisie produktu: jako długoletnia fanka zabiegów gabinetowych jakoś nie wierzę, żeby cokolwiek zadziałało tak silnie, jak laser, na którego powołuje się producent. Albo nawet w 63% tak silnie, jak, żeby być precyzyjnym, głoszą reklamy produktu. Lekarze i specjaliści od skóry, do których chadzam na złuszczania, najczęściej mówią o laserze jak o ostatecznej instancji - bardzo agresywnej i bardzo działającej. W moim osobistym kanonie (nie będę tu specjalnie odkrywcza) siła oddziaływania na skórę idzie wzrastająco: kosmetyki - zabiegi gabinetowe (mikrodermabrazje, kwasy itp) - lasery. Oczywiście, dzięki serum Clinique nie dokonuje się niemożliwego przeskoku z siły działania kosmetyków na skuteczność gabinetów medycyny esteycznej. Niemniej, serum działa bardzo dobrze, i stan mojej cery od dawna nie wydawał mi się równie dobrym. Z wszystkich testowanych produktów tego typu ten dał najlepsze rezultaty: wyrównany koloryt, zmniejszone pory, deczko ujędrnienie i jak najbardziej subiektywna,  zdrowa poświata. Do tego nie jest upierdliwy w stosowaniu: choć wodnisty, nie lepi się, nie wysusza, a wręcz przeciwnie, delikatnie nawet nawilża (jednak krem jest tu niezbędny), nie pachnie (yes yes yes), nie ma alkoholu, i, co najważniejsze, daje się go spokojnie stosować w okolice oczu (ku mojemu zaskoczeniu, bo po serum Genifique Lancome i ostatnio napoczętym i odstawionym na lato serum Chanel automatycznie założyłam, że przez ilość alkoholu w serach nie nadają się pod oczy).
      Jasne, że podobny efekt (a nawet lepszy) można osiągnąć mieszając coś w domu albo zerkając na średnią, wyspecjalizowaną półkę - w końcu Clinique nie odkrywa tu Ameryki, bo główną siłą składową serum zdaje się być stara dobra wit A, w dodatku w najsłabszej formie. Jednak nie sposób nie docenić wyjątkowo przyzwoitego jak na kosmetyki luksusowe (które jak na ironię nieczęsto spełniają oczekiwania), produktu. Szczególnie, jeżeli mamy kogoś lecącego ze Stanów, bo tam Clinique jest znacząco tańszy. Albo UK, gdzie w Debenhamsie jest do bodajże 26 lutego bardzo miła promocja (przy zakupie 2 produków Clinique gratisowe pędzle, błyszczyk, maskara, cienie i parę innych rzeczy).

       

      Skład: Water, Dimethicone, Butylene Glycol, Polysorbate 20, Methyl Trimethicone, Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Bis-Peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Glycerin, Silica, Polymethylsilsesquioxane, Lauryl Peg-9 Polydimethylsiloxyethyl Dimethicone, Methyl Gluceth-20, Polysilicone-11, Sigesbeckia Orientalis (St. Paul's Wort) Extract, Retinyl Palmitate, Plankton Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Juice Extract, Arabidopsis Thaliana Extract, Sea Whip Extract, Whey Protein, Pinanediol, Camphanediol, Glycine Soja (Soybean) Protein, Ergothioneine, Acetyl Hexapeptide-8, Caffeine, Micrococcus Lysate, Palmitoyl Oligopeptide, Anthemis Nobilis (Chamomile), Linoleic Acid, Sodium Mannose Phosphate, Ethylhexylglycerin, Caprylyl Glycol, Carbomer, Glyceryl Polymethacrylate, Cholesterol, Aminopropyl Ascorbyl Phosphate, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Peg-8, Xanthan Gum, Sodium Citrate, Sodium Carbomer, Disodium Edta, Phenoxyethanol

      *Christmas Crisis, w skrócie Chrisis, dość kulawo oddaje dwa miesiące kompletnie wyczerpujących i zupełnie zbędnych atrakcji końca grudnia, których kulminacja miała miejsce przez calutki styczeń, podczas którego moje dziecko uznało, że zmiana dekoracji pt babcie-ciocie-jestem królem na mniej widowiskową ja+pracująca mama i okazyjnie tata wymaga dość jasnego postawienia sprawy: sie nie zgadzam. No, i się nie zgadzał. Kto to przeżył, wie sam, kto nie miał przyjemności, pewnie nie zrozumie. Dość powiedzieć, było ciężko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      joannea
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lutego 2011 17:46

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Książka skarg i zażaleń: proznosc@gmail.com